Home Życie i inspiracja Konsumpcjonizm ezoteryczny i fałszywy rozwój – wzajemny szacunek, chaos i podsumowanie, cz.4

Konsumpcjonizm ezoteryczny i fałszywy rozwój – wzajemny szacunek, chaos i podsumowanie, cz.4

by admin

Mimo tych wszystkich przeciwności, różnic, niebezpieczeństw, manipulacji, duchowość wnosi bardzo wiele cennych informacji, których próżno szukać w nurtach akademickich. Dlatego ludzie poszukują wiedzy, pomocy, zrozumienia i samego rozwoju w duchowości i ezoteryce. Jednak na początku swojej drogi nie odróżniają prądu umysłu oświeconego od prądu ezoterycznego, egzoteryki od ezoteryki, przyczyny od anupadaka, duchowości od New Age, duszy od wyższej jaźni, czakr od portu, channelingu od kontaktu z własną jaźnią, bo umysł wszystko wsadza w jeden worek. Człowiek również nie odróżnia i nie czuje energii subtelnej, jakości energii czy energii tekstu. Nie odróżnia osób, które korzystają ze sprawdzonych korzeni duchowych, czerpią z doświadczenia ludzkości, od tych, które wymyślają swoje astralne fantazje, przedstawiając je jako objawienie boże, mądrości źródła i zbawienie dla ludzkości czy codziennych problemów. Ten brak rozróżnienia jest tylko na początku drogi, ponieważ człowiek w pewnym momencie zaczyna rozumieć, na czym to wszystko polega. A kiedy zrozumie, a co najważniejsze – poczuje różnice w jakościach, energiach, nauczy się odczuwać subtelnie, a nie tylko intelektualnie, bo ileś tam razy się przewróci, da nabrać, wykorzystać, wydoić, zacznie się prawdziwa nauka w miejsce zbierania niepotrzebnych informacji ze wszystkich miejsc i źródeł. Niestety niektórzy zaczynają od tyłu i od końca, ale może taka ich droga…

Tylko jak odróżnić przedszkole duchowe od wiedzy bardziej zaawansowanej i wymagającej wykonania pewnej pracy nad sobą? Potrzebna jest postawa pokory, stałe podważanie wglądów, natura badacza, brak przywiązania i pracy oparta o wewnętrzne procesy, a nie o pozyskiwanie informacji z zewnątrz. Informacja zewnętrzna musi być skonfrontowana z odczuciem wewnętrznym. Dodatkowo kiedy podtrzymujemy w sobie – świadomie lub nie – całuny i innego rodzaju przykrycia, bańki, bańki podświadome, hologramy, sztuczne źródła, wpływ strażników, ulegamy siłom zewnętrznym i wpływowi ich pola na nasze odczuwanie i myślenie. Wszystko to przypomina przecieranie, szukanie swojego miejsca i przestrzeni, którą w swoim istnieniu oddaliśmy innym. W miejsce zwyczajnego bycia w sobie i niereagowania na to, co zewnętrzne.

Rozwój duchowy może być zaskakujący, odkrywczy. Pamiętam, kiedy w 2008 roku przyśnił mi się starszy pan, łysy, z dużym nosem (podobnym do mojego) i krzywymi nogami. Widziałem treść gazety pełną dziwnych znaków. Zaraz założyłem temat na forum Przebudzenie z pytaniem, co ten sen może oznaczać, i zacząłem przeczesywać internet. Kika godzin później znalazłem zdjęcie starszego pana z tymi właśnie znakami. Dalej nie wiedziałem, kto to jest, nie rozumiałem tekstu, dlatego zamieściłem zrzut ekranu na forum. Zaraz pod moim tematem odpisał Mojrzesz (o którym wspomniałem w poprzedniej części) i powiedział, że to Mahatma Gandhi i muszę zaraz ciału dać pić, jeść, bo mi „wywaliło”. W ogóle nie wiedziałem, o co mu chodzi, co oznacza „wywałka wcieleniowa”, ale chyba miał rację, bo od rana chciało mi się strasznie jeść, pić i trzymało mnie to przez kilka tygodni. Ktoś inny napisał, że to pięćdziesięciolecie śmierci tej postaci i są wielkie ceremonie w Indiach. Reszta uczestników forum zaczęła się śmiać, kpić, że niby „taki nikt” był Gandhim. Mnie nie interesowało, czy to byłem ja; po prostu chciało mi się pić i jeść, bo wszystko, co zostało stłumione w tamtym wcieleniu, czyli seksualność, jedzenie, picie, przyjmowanie podarków, uruchomiło się zwielokrotnione. Zaraz zacząłem czytać autobiografię, oglądać film o nim i tak również rozpoczął się temat „białych wzorców” i obciążeń ascetycznych. Potrzebowałem kilku miesięcy, żeby to silne doświadczenie, przerobić, uwolnić, zintegrować. Podczas tego procesu nadal nie miałem identyfikacji, nie interesowało mnie, czy to ja, chociaż wiele jego technik sam stosowałem nieświadomie od urodzenia, a nawet zamieściłem parę w książce Odrodzenie Feniksa. Najważniejszy był brak mojego utożsamiania się, tzw. zlania z tą postacią i skupienie się na przepracowaniu białych postaw myślowych.

Innym takim silnym doświadczeniem była nagła „wywałka” traumy związanej ze średniowieczną bitwą. Śniło mi się, jak trzymam miecz, obok mnie stoją rycerze, na głowie mam koronę, a po chwili nagle zobaczyłem scenę pełną krwi ściekającej z miecza, śmierci i skutków bitwy. Wszystko było żywe, mocne, kolorowe, dynamiczne. Od razu się przebudziłem spocony i mojej byłej małżonce od razu wykrzyczałem: „Ja byłem dobry, ja byłem dobry, nie zrobiłem nic złego”. Właśnie w ten sposób rozpoczął się w moim życiu temat wypierania i konfrontacji z doświadczeniem traumatycznym. Bitwa była ważna w tym okresie, bo odepchnęła najazd muzułmański, ale krew na rękach, zadanie śmierci było dla mojej psychiki czymś, z czym bardzo trudno było mi sobie poradzić.

Kolejne przeżycie, które zmieniło odczuwanie mnie samego, dotyczyło czytania sagi o Enderze (Gra Endera) Orscona Scotta Carda. Gdy tylko wziąłem książki, poczułem w swoim wnętrzu małe dziecko zamknięte w jakiejś dziwnej rurze. Każda strona budziła we mnie pamięć, coś w środku mnie (nazwałem to wtedy małym Enderem) mówiło, opisywało, tłumaczyło dane wydarzenia. Dopiero kiedy kończyłem trzeci tom, to wewnętrzne dziecko dorosło i poczuło się przyjęte. Ender był postacią tragiczną, która z jednej strony obroniła i ochroniła ludzkość przed najeźdźcą, a z drugiej przyczyniła się do anihilacji całej rasy. Do końca życia – mimo tego, że później Ender odbudował tę rasę – czuł się winny. Dopiero moja praca, analiza, przyjęcie i praca jak z wewnętrznym dzieckiem, zmieniała postawy małego Endera (moje). Wymagało to sześciu miesięcy pracy. Jeśli ktoś mówi, że przerobił jakieś kosmiczne czy ziemskie wcielenie podczas jednej sesji oddechowej, hipnotycznej, to tak naprawdę ma na myśli uwolnienie większej traumy, bo zmiana myślenia, konfrontacja ze starym sposobem myślenia zajmują bardzo, ale to bardzo dużo czasu i wymagają ogromnych nakładów pracy, a i tak często człowiek nadal nie jest w stanie się odczepić od dawnego sposobu postrzegania, bo jest z nim zlany. To w temacie duchowości jest bardzo ciekawe i entuzjastyczne. Najważniejszy jest brak identyfikacji podczas takiej pracy, ponieważ często jest tak, że wcielamy się z danym pakietem podświadomym (cudzą pamięcią) i po prostu go przyjmujemy jako swój, jako atut lub karmę.

Wracając do technikaliów…

Od piętnastu lat piszę opracowania duchowe i tylko parę z nich na przestrzenni tego czasu znalazło się w różnych ezoterycznych czasopismach czy zwykłej prasy codziennej. Nikt nigdy nie przeprowadził ze mną wywiadu ani nie poprosił o niego. Dla świata duchowego i ezoterycznego moja osoba jakby nie istnieje. Dlatego większość mojej pracy umieściłem w książkach Bądź zawsze sobą, Energia Miłości, Dbaj o siebie, a książkę Energia Miłości wiele osób ogłosiło najważniejszą książką duchową ostatnich stu lat. Książki chociaż może już mało aktualne, łącznie mają prawie dwieście pięćdziesiąt tysięcy wyrazów, czyli milion sześćset tysięcy znaków. To dużo pracy, wysiłku, zaangażowania, kosztów pisania, czasu. Pamiętam, kiedy w 2005 roku napisałem pierwsze dwie książki Motywacja bez granic i Odrodzenie Feniksa. Byłem zaskoczony ich sukcesem, ale zmartwiła mnie wówczas jedna rzecz. Zaczęły napływać do mnie informacje, że moje książki są drukowane jako skrypty do szkoleń i sprzedawane firmom za dziesiątki tysięcy złotych. Niektórzy sami czytali moje i inne należące do tego nurtu książki, wykuwali na pamięć ich treść i jako trenerzy lub coachowie biznesu przedstawiali menadżerom, prezesom czy pracownikom korporacyjnym.

O tym zachowaniu dowiedziałem się od paru menadżerów w 2007 roku, z którymi pracowałem – powiedzieli, że widzieli notatki trenera z moim nazwiskiem. Bardzo mnie to uderzyło, ale tematu nie rozwiązałem, bo byłem podekscytowany pisaniem swoich pierwszych opracowań o duszy i różnicy między podświadomością a duszą i wyższą jaźnią. Z perspektywy czasu widzę, że nie dbałem o swoją markę, nie pilnowałem swojego ani nie zaznaczałem terenu, a złodziej przychodził i robił, co chciał. To wydarzenie pokazało mi różnicę między osobą kreatywną, która coś tworzy, wprowadza nowego lub unowocześnionego, a człowiekiem, który tylko kopiuje i sprzedaje jako swoje. Dodatkowo uświadomiłem sobie różnicę między osobą, która jest naturalna w tym, co robi, bo żyje tym, jest pasjonatem, inwestuje swój czas, emanuje naturalnością, lekkością, wglądem – po prostu to, co mówi, jest mówione z poziomu jej ciała i serca, doświadczenia – a ludźmi, którzy uczą się z różnych książek, elokwentnie przedstawiają to, co przeczytali i czego się nauczyli, czyli sprzedają informacje z poziomu umysłu i teorii, lecz brakuje im jakiegokolwiek doświadczenia. Takie szkolenia, praca osobista czy grupowa, nauczanie płynie tylko z poziomów umysł – umysł, ciało mentalne – ciało mentalne, ale nie ma w tym głębi; jest intelekt, ale brak treści, podbudowy połączonej z przyczyną i skutkiem (ciałem przyczynowym) i doświadczeniem zapisanym w ciele (komórkach). No, ale to brak rozróżnienia wśród firm i osób indywidualnych wzmacnia to szkodliwe działanie. Ja nie jestem sprzedawcą, promotorem, marketingowcem, nie używam słów. „ja”, „ja zrobiłem”, „ja pokazałem”, „ja wprowadziłem”, „ja unowocześniłem”, „ja mówiłem”, „ja przewidziałem”, używam słowa „my” lub bezokoliczników. A własne opisy dotyczą raczej życiowych błędów, które zamieniałem na mądrość i doświadczenie. Ale właśnie takie osoby jak ja – badacze, osoby analityczne, techniczne, znające całe genologie różnych ścieżek – ulegają sprzedawcom, elokwentnym typom, którzy dopasowują się do każdej firmy, zlecenia, osoby jak kameleon. Ich pełno w świecie, Internecie, w firmach, w różnych wywiadach. Temat ten dotyczy nie tylko polityki, rozwoju osobistego, coachingu, firm szkoleniowych, ale niestety również duchowości i ezoteryki. Dlatego rozumiem stosowany przez wieki koncept wiedzy ukrytej i tajemnej, który chroni przed tym, by teoretyk nie dostał kolejnego narzędzia, który przez brak doświadczenia i prawdziwych umiejętności zinfantylizuje i sprzeda tak naprawdę bez treści – bo to, co on sprzeda umysłowi słuchacza, to jedno, a co zostawi jako treść energetyczną, to zupełnie inna bajka.

W Energii Miłości napisałem, cytuję: „Dzisiaj samo słowo „ezoteryka” oznacza zupełnie co innego niż choćby sto lat temu. Ezoteryka odnosi się do wiedzy dostępnej jedynie dla osób uprzywilejowanych, doświadczonych lub takich, które przeszły inicjację, i stanowi przeciwieństwo wiedzy egzoterycznej, która jest powszechnie dostępna”. Dopiero w ostatnich latach zrozumiałem, dlaczego Gurdżijew, Bławatska, Steiner, mimo odkrycia wiedzy tajemnej i przedstawienia jej masom, mieli dalej tendencję do dzielenia jej na wiedzę wewnętrzną i zewnętrzną, czyli dla bliskiego środowiska i dla wszystkich pozostałych. O tym podziale i skutkach powiedzieli mi czytelnicy, ponieważ ja nie śledzę światka duchowego, ezoterycznego, New Age. Wiem, że są wspaniali ludzie w tym środowisku, skuteczni, bezpośredni, ale nawet kiedy przychodzi do mnie klient i zaczyna mówić: u kogo był i co zrobił, zaraz przerywam, bo nie chce wiedzieć ani znać nazwisk. Ja się skupiam na tym, co jest teraz i pytam tylko, czy nadal jest kontynuowana z kimś praca. Nie wystawiam także opinii na temat mniejszych lub większych metod, konkretnych osób, choć wiele osób od lat mnie o to prosi. Zaopiniowałem jedynie Ustawienia Hellingera jako przydatne dla ludzi, którzy dopiero rozpoczynają rozwój, pracę nad sobą, bo daje ona fundamenty, ale jest szkodliwa dla każdego adepta czy osoby bardziej wrażliwej duchowo. I czasem nawet nie o same ustawienia chodzi, tylko o ludzi, którzy je wykonują, czyli ich bagaż i obciążenia duchowe, ponieważ nie tylko „zmuszają” ludzi do przyjęcia pewnego bagażu karmy, prania danych energii, ale zmieniają całą ścieżkę życiową osoby – tu często w ramach jakiejś białej kary.

O pewnych rzeczach przestałem pisać, ponieważ kiedy przychodziły do mnie osoby i pracowaliśmy już ze sobą dłużej, zaczynały one mówić: „Jak wielka jest różnica między tym, co ty piszesz, a tym, co się dzieje podczas sesji i tego, jak się czuję po pracy z tobą. Teraz widzę praktykę, a wcześniej większość była dla mnie teorią”. Kolejnym takim zagadnieniem był temat infantylizacji informacji, czyli informacja przekazana w opracowaniu była zmiękczana, przedefiniowana, interpretowana przez szereg filtrów czytającego. To zachowanie jest całkiem naturalne dla ludzi, wszyscy odbieramy treści przez zestaw wewnętrznych doświadczeń. Dla mnie zrozumienie różnicy między byciem autorem, pisarzem, osobą, która od prawie dwóch dekad pisze, przedstawia wiedzę za darmo, a osobą, która uczy na żywo, pokazuje, motywuje, wspiera, towarzyszy osobom w ich podróży, jest bardzo cenne. Po prostu towarzyszenie komuś jako ktoś z boku; nie u góry – jak to ma miejsce w systemie hierarchicznym – nie na dole – jak to ma miejsce przy białych wzorcach bodhisattwy – ale z boku. Wszystko to pozwala zachować wolność, a pewna wiedza przekazana tylko osobie gotowej wspiera również jej świadomość i nie pozwala teoretykom lub sprzedawcom korzystać z cudzego dorobku.

Wracając jeszcze do różnych skal, podziałek, liczb, technik oddziałujących silnie na gadzią część mózgu, uwielbiającą zachowania rytualne, musimy pamiętać o temacie chaosu i porządku. Wspomniałem już o tym w obszernym opracowaniu Yin-Yang. Kobiety i mężczyźni. Archetyp pramatki, ale powtórzę. Mimo tego, że różne ścieżki są tak naprawdę pewnym zapisem, archetypem, drogą stworzoną przez inne istoty i mogą służyć danej grupie ludzi lepiej lub gorzej. prawie zawsze w pewnym momencie przeradzają się w doktryny, dogmaty powiększone o wpływ egregorów i myślokształów osób zaangażowanych. I ta konkretna droga w pewnym momencie przestaje być tym, czym była pierwotnie. Patrząc na to zagadnienie z perspektywy psychiki człowieka, jego ciała – co też pokazuje świetnie piramida potrzeb Maslowa – człowiek potrzebuje porządku, czegoś, co zostało nazwane i sklasyfikowane. Pokazanie ludziom punktu „A” (gdzie są) i punktu „B” (gdzie mogą być) oraz przedstawienie informacji, w jaki sposób mogą się znaleźć w miejscu, do którego dążą, zawsze się sprzedawało, bo dawało poczucie bezpieczeństwa, wsparcia, było światełkiem w ciemności (chaosie). Ja ze swoimi umiejętnościami świetnie pokazywałem punkt „A”, opisywałem dany stan, pomagałem z niego wyjść, ale nigdy nie wyznaczałem jako człowiek lub nauczyciel punktu „B”, czyli nigdy nie pisałem o Bogu (bogu), o oświeceniu, przebudzeniu. Dla mnie zawsze punkt „B” był nieskończony i każdego dnia się zwyczajnie przesuwał do przodu – no i do środka nas samych. I ten brak wielu ludzi odrzucał ode mnie. Jest jeszcze jeden ważny element.

Miałem kolegę z dzieciństwa, który nigdy nie interesował się duchowością ani szeroko rozumianym rozwojem. Umysł miał zawsze logiczny, był świetnym matematykiem, często nazywaliśmy go geniuszem. Kiedy zaczął czytać moje opracowania, książki, nie był nimi zaskoczony; powiedział jedynie: „Wszystko, co napisałeś jest logiczne, jedno wynika z drugiego. Mimo, że tematy duchowe wydają mi się abstrakcyjne, to wszystko, co przedstawiasz, jest spójne”. Odpowiedziałem mu: „Bo wszystko to wynika ze mnie, mojego wnętrza, które jest spokojne”. Kolega jednak nie wiedział, że moje opracowania różnią się od wielu innych. Nie dlatego, że jako pierwszy pisałem o duszy, systemie karmicznym, kłamstwach, zależnych (albo uzależniających od siebie) przewodników duchowych. Nie. Dlatego, że moje opracowania były zbudowane na bazie doświadczenia osobistego, pokazującego ciągłe upadki, poprawki, błędy. Ja nigdy nie przedstawiałem siebie jako guru i nie pozwalałem się tak traktować. Oprócz porządku silne akcentowałem element chaosu. Po prostu zadawałem trudne pytania, nie odpowiadałem do końca na pewne rzeczy, w miejsce dawania „twardej” odpowiedzi zostawiałem przestrzeń. Człowiek szuka podświadomie autorytetu, a moja postawa dawania przestrzenni, zachowania się bardziej jak filozof, nie syci podświadomości, więc trzeba dalej go szukać. Żeby dać przestrzeń, potrzebowałem wielu lat pracy nad sobą, odpuszczania; zaprzestania nazywania wszystkiego, czyli zagęszczania tej zupy kwantowej niepotrzebnymi systemami przekonań. To, czy ktoś wierzy w skalę Leszka, czy Hawkinsa, nie ma żadnego znaczenia dla świata, dla ludzi. Ale jeśli ktoś potrafi zobaczyć fałsz w człowieku, ściemę, próbę uwiedzenia do swojej historii i odróżnić to od realnej chęci zmiany osobistej i przyjęcia pomocy, to ma ogromne znaczenie. I to odróżnianie ważnych rzeczy od błahych, tematów trywialnych od tego, co istotne, odróżnia dogmatyków od osób z otwartym umysłem. Piszę o tym wszystkim, żebyśmy się nie bali ciemnej nocy, czyli chaosu.

Nigdy nie było dla mnie żadnym wyzwaniem docenienie kogoś za jego pracę, pracę, jaką wykonał nad sobą, czy za osiągnięcia życiowe. Okazanie szacunku wobec przeciwności, z jakimi się mierzył, zawsze wychodziło z mojego ciała naturalnie. Leszkowi Żądło powiedziałem, za co go doceniam, co mi się podobało w jego postawie, ale dodawałem, że gada głupoty na temat Wyższego Ja. I nie było z tym problemu. Nawet za czasów mojej działalności jako trenera motywacyjnego, coacha, doceniałem Mateusza Grzesiaka, bo kiedy ja napisałem swoją książkę motywacyjną w 2005 roku, on wystartował zaraz ze swoimi – i to kilkoma. Poszedł jak strzała i zostawił wszystkich z tyłu. Doceniam jego wkład w rozwój ludzi. To, że się nie zgadzam z Bertem Hellingerem, to nie znaczy, że nie szanuję jego jako człowieka czy nie kontaktuję się z jego duszą. Mówiłem mu „Chłopie, idea białej rodziny. Wiesz o tym, wiesz, że twój system podtrzymuje system karmiczny i z niego wynika. Możesz to zrobić tak, jak pokazuję w porządkowaniu energii rodu”. Tylko odpowiadał: „Wiem, wiem, ale to nie teraz i nie tutaj”. Zawsze szanowałem Andrzeja Kluzę za jego wkład w temat krokodylów, mimo tego, że zupełnie inaczej podchodzę do tematu duszy i pracy z nią. Piszę o tym wszystkim, bo to, że my wszyscy mamy inne poglądy, nie oznacza, że mamy się nie szanować, ubliżać sobie lub ze sobą nie rozmawiać. Ludzie tego nie widzą, myślą, że są jakieś obozy. Ale obozy w tej zupie kwantowej, w tym matrixie nie mają znaczenia. Nawet czarni w swoim domniemanym chaosie kierują się pewnymi prawidłowościami.

Zakończę ten cykl opracowania cytatem z ostatniej książki chyba największego intelektualisty ostatnich lat: „Wszelkie oblicza porządku – bez względu na to, jak bezpieczne i wygodne – mają swoje wady. Nasza wiedza o tym, jak nawigować przez życie, nigdy nie jest kompletna – po części z powodu cechującej nas fundamentalnej niewiedzy wobec bezkresnej sfery nieznanego, częściowo z powodu naszej rozmyślnej ślepoty, a także dlatego, że świat, za sprawą swej entropicznej natury, nie przestaje się zmieniać i nas zaskakiwać. Co więcej, porządek, który próbujemy narzucić światu, może z czasem ulec zesztywnieniu na skutek krótkowzrocznych prób wypchnięcia ze sfery rozważań wszystkiego, co nieznane. Gdy takie próby idą za daleko, pojawia się widmo totalitaryzmu napędzanego pragnieniem sprawowania pełnej kontroli tam, gdzie taka kontrola nie jest możliwa nawet w teorii. To z kolei oznacza ryzyko niebezpiecznego w swych skutkach zablokowania psychologicznej i społecznej ewolucji, niezbędnej, aby móc na bieżąco przystosowywać się do nieustannie zmieniającego się świata. To dlatego nieuchronnie stajemy przed koniecznością wyjścia poza porządek, w sferę jego przeciwieństwa – w chaos. Chaos to anomalia, nowość, nieprzewidywalność, przemiana i zakłócenie. Niestety bardzo często oznacza także upadek, kiedy okazuje się, że na czymś, co uznawaliśmy za pewnik, nie można jednak polegać. Niekiedy z kolei chaos ujawnia się w sposób subtelny, odsłaniając przed nami swe tajemnice poprzez doświadczenia wzbudzające w nas ciekawość, ekscytację i zainteresowanie. Ten rodzaj styczności z chaosem jest szczególnie prawdopodobny, choć nie gwarantowany, kiedy w sferę nieznanego zanurzamy się dobrowolnie, po uprzednim przygotowaniu oraz z zachowaniem dyscypliny. Innym razem to, co nieoczekiwane, daje o sobie znać w sposób nagły, przypadkowy i z reguły bolesny, w wyniku czego tracimy grunt pod nogami i mocno obrywamy od życia, a pozbieranie się po takim wstrząsie jest szalenie trudne, jeśli nie niemożliwe. Ani stanu porządku, ani też stanu chaosu nie należy traktować jako z natury lepszego od jego przeciwieństw”. (1) Nasza postawa „nie wiem” pozwala na naukę, o sobie, o duszy; naukę o istnieniu, o którym nadal tak mało wiemy.

Każdemu szukającemu, zaglądającemu, staremu wyjadaczowi, młodemu, adeptowi, mistrzowi, po prostu każdemu życzę lekkości w podejściu do różnych tematów, bo my tak naprawdę jako ludzkość mało wiemy. I o tym mówili Budda, Konfucjusz i każdy, komu wydawało się, że wie, rozumie i odczuwa więcej. Żyjemy w zaprogramowanym systemie przekonań i powinniśmy mieć jedynie przekonanie na swój własny temat – i najlepiej, żeby było ono pozytywne, wspierające. Niestety nasze dusze wcieliły się w to podświadomie regulowane ciało z różnymi programami i całe to nasze zmaganie jest próbą powrotu do tego, co każdy, ale to każdy ma w sobie i odczuwa jako miłość, jedność, nieskończoność. Czy jest droga, która prowadzi lepiej do tego celu? Nie ma, chociaż od początku ludzkości różni ludzie próbowali ją znaleźć na zewnątrz. A my mamy ją w sobie i o tym ciągle zapominamy.

Nikodem Marszałek

luty 2022 r

(1) Jordan Peterson, Poza porządek, Freedom Publishing, s. 19.

You may also like