Home Życie i inspiracja Konsumpcjonizm ezoteryczny i fałszywy rozwój – o początkach, atakach i ciemności, cz.1

Konsumpcjonizm ezoteryczny i fałszywy rozwój – o początkach, atakach i ciemności, cz.1

by admin

Piszę to opracowanie po bardzo dziwnym i burzliwym okresie mojego życia. Kiedy w maju 2021 wróciłem z Warszawy do Katowic, bardzo przeżyłem rozstanie z dziewczyną. Mimo że miałem świadomość tego, jak się zachowywaliśmy i że mieliśmy różne plany życiowe, a także mojej odpychającej postawy, moje ciało na to rozstanie zareagowało dwoma konfliktami biologicznymi. Pierwszy związany był z lewostronną tętnicą podobojczykową, odpowiedzialną za czucie się niewystarczającym partnerem, a drugi miał związek z niechcianym powrotem do domu, czyli z tętnicą na nodze. Miałem trudności z oddychaniem, chodzeniem, całe ciało mnie bolało. W tym trudnym okresie był przy mnie brat, który przyjechał z zagranicy. Rozmawialiśmy na różne tematy, ale głównym podejmowanym zagadnieniem był mechanizm selekcji seksualnej kobiet opisany w moim cyklu opracowań Co robią kobiety, a o czym nie wiedzą mężczyźni oraz tematu confirmation bias, czyli efektu potwierdzenia. I całe to zbiorcze opracowanie będzie właśnie o tym zagadnieniu.

W tamtym okresie nie przypuszczałem, że wejdę jeszcze w jakąkolwiek relacje, ale tak się stało pod koniec roku 2021. Przeprowadziłem się do Gdańska, do dziewczyny, która również przyjechała tu z innego miasta. Kiedy wysiadłem z pociągu, uśmiech nie schodził z mojej twarzy, co było wywołane nie tylko widokiem urody mojej nowej partnerki, ale też pięknej, gdańskiej starówki. Każdego dnia, kiedy wychodziłem do sklepu, przechodziłem obok rzeczki czy widziałem w oddali Stocznię Gdańską, czułem radość i wdzięczność. Dzień po dniu zawsze wychodziłem z domu z uśmiechem, radością chłonąłem ten klimat – kamienice, ludzi, architekturę. Mimo tego, że relacje z dziewczyną na początku opierały się o pracę nad jej ciemnymi obciążeniami, piekłami i byliśmy tym dosłownie zmęczeni, to wzmacniały nas poranne krzyki mew, atmosfera miasta, bliskość morza. Czuliśmy się tak, jakbyśmy mogli pokonać każdą przeszkodę. Pobyt w Gdańsku odczułem jako uwolnienie od bólu, cierpienia, krzywd, jakich doświadczyłem w życiu – takiego braku pozytywnych, rodowych wzorców, dotyczących miłości, związków, zdrowia. Nawet rok wcześniej napisałem na Instagramie, że mógłbym w Gdańsku mieszkać i że właśnie tutaj czuję inspirację do napisania nowych książek. Książek zupełnie innych od poprzednich.

Jak to w ziemskim życiu bywa, kiedy uporaliśmy się z jednym tematem, pojawiał się zaraz drugi, trzeci, czwarty… Wiele istot latało obok nas, manipulowało nami, atakowało. Wystarczało jedno otwarcie, słabszy dzień, bardziej aktywny temat osobisty i nie było zmiłuj się. Ratował nas tylko spokój i opanowanie. Dziewczyna straciła pracę w tym okresie, ale po naszym kilkumiesięczny maratonie, który opiszę w osobnym artykule, spacerowała do sklepu z uśmiechem na twarzy i słowami: „Jestem wolna od piekieł, uwolniłam ciemność, nie mam tam żadnych długów ani swoich energii”. Na jej twarzy było widać ulgę, naturalnie emanowała lekkością i całkowicie przebudowanymi, własnymi jasnymi energiami subtelnymi. Jako istota postawiła się wszystkim swoim życiowym i wcieleniowym oprawcom; nawet skonfrontowała się z Lucyferem, Arymanem, Szatanem… Ja potrzebowałem siedmiu lat pracy, klasyfikacji wzorców ciemnych, budowania podejścia do pracy z tymi wymiarami, gęstościami, duszami, a tu na moich oczach ktoś w ciągu trzech miesięcy zmienił swoje postawy psychiczne, emocjonalne i duchowe. Nie było to łatwe ani dla niej, ani dla mnie. Ale zebrane przeze mnie podczas tej wspólnej podróży opracowania mogłyby być świetnym fundamentem do książki, która dokładnie opisywałaby temat ciemności, piekieł i to, jak z tym wszystkim pracować.

I teraz wracamy do początku mojego wpisu o burzliwym okresie, atakach, próbie dyskredytacji mojej osoby. Czy nie jest tak, że pewne istoty boją się tej nowej książki? Nie bardzo jest to zrozumiałe, jeśli dla większości ludzkości to bajka, wymysł. Jaki jest więc sens angażowania ludzi (ludzkich dronów) do atakowania mnie słowem, energiami, szantażami, wymuszeniami? Po co nasyłać istoty różnych gatunków, robić czarny PR w kraju, dyskredytować, nastawiać przeciw mnie innych? Jeśli bajka jest bajką, to zostawić ją w sferze fantazji i wrócić do swojego życia. Jednak coś w tym temacie uwiera, nie jest zbyt wygodne, nie daje spać. Bo gdyby nie daj Boże okazało się, że ziarno prawdy w tym jest, ciemność jest tak samo realna jak światło, dzień jak noc, życie jak śmierć – to rozwój duchowy, okraszony szczyptą New Age, przysłodzony unowocześnionym i zjadliwym dla każdego buddyzmem, gadaniem, że każdy jest bogiem, mógłby okazać się nie tak wesoły, cukierkowy i fantastyczny, jak to próbuje się sprzedać. Nagle ten sam rozwój wymagałaby czegoś więcej, stawiałaby realne wymagania, przeszkody i wyzwania, wymagałby konfrontowania ze swoim fałszywym wizerunkiem własnym, podważania w sobie zamiast nadbudowywania na sobie, żeby tylko poczuć się lepiej. A zatem to zrozumiałe, że ezoterykę i duchowość sprzedaje się w kolorowych ubrankach na każdym targu. Niestety, ezoteryka i rozwój duchowy są pełne pułapek, niebezpieczeństw, manipulacji, przekrętów. Pompują ego, wzmacniają zaburzenia narcystyczne i pokazują tylko jedno – to cukierkowe oblicze duchowości, ignorując jednocześnie skalę i rodzaj obciążeń dusz, które wcielają się na tej piekielno-więziennej planecie.

Weźmy chociażby temat duszy. Piętnaście lat temu nikt w środowisku duchowo-ezoterycznym nie mówił ani nie pisał o duszy, pracy z nią. W roku 2007, kiedy publikowaliśmy jako grupa pierwsze opracowania o samoświadomej duszy i wyższej jaźni, wszyscy aktywni nauczyciele duchowi, ezoterycy starej daty (a było ich wówczas tylko paru) pukali się po głowie i ośmieszali nasze rozprawy. Mimo tego, że publikowaliśmy na Cudownym Portalu, na którym był aktywny bardzo Leszek Żądło, i portalu Przebudzenie, czyli dwóch największych stronach, poruszających tematy duchowe w tamtym okresie. Nikogo temat duszy nie interesował – jakby to zostało wymazane z duchowości. Liczyły się channelingi, wizje wcieleniowe, podróże astralne, kontakt z przewodnikami. Temat duszy został wyparty, ale nietrudno się domyślić dlaczego. Przecież współczesna, zachodnia duchowość czerpie pełnymi garściami nie z kultury i dorobku Greków, własnych korzeni, ale hinduizmu i buddyzmu oraz guru-jogi, gdzie tematu samoświadomej duszy zwyczajnie nie ma. Dopiero w ostatnich latach swojego życia Leszek Żądło przyznał, że moje opracowania są inspirujące, niecodzienne i bardzo ciekawi go temat wpływu Lucyfera. Po czternastu latach usłyszałem dobre słowo. A wcześniej było tylko poniżanie, jechanie krytyką, wbijanie szpilek!

Wróćmy do dalszej cukierkowej zasłonki ezoterycznej – karmy traktowanej niemal jak wyrocznia, bóg, sprawiedliwość. Moje opracowanie System karmiczny i odrabianie karmy opublikowane w 2007 roku był najczęściej hejtowanym tekstem. „Jak to, żyjemy w czymś takim?”, „Karma to jest wymysł starych istot?”, „Karma jest sztucznie regulowana przez system siatek, glejtów, umów?”. Tak i głównym motorem systemu „wina – kara” jest poczucie winy dusz oraz ich naiwność. Pozostałym duszom wmówiono, że dzięki temu systemowi będą silniejsze, mądrzejsze lub się oświecą. A kto był ambasadorem karmy? Nie Budda, jakby wielu myślało, bo on w swojej podstawowej formie uwalniał od samsary, ale teozofka Annie Besant, która publikowała po swojej poprzedniczce Helenie Bławatskiej traktaty o karmie, które zostały później wydane jako książki. Moje opracowanie o karmie rozbudowałem z czasem o szereg kolejnych, np. Podświadomość zbiorowa i karma rodowa, Pozostawienie energii podświadomej przez zmarłego w rodzie, Hierarchia Światła i jej wpływ na wolną wolę, Świadomość zatrzymana.

Jeszcze w tym samym okresie został przez nas poruszony temat przewodników duchowych i Białego Bractwa. Pamiętam, kiedy po publikacji paru opracowań istoty z Białego Bractwa channelingowały (kanalizowały) kilku osobom z forum Przebudzenia i Cudownego Portalu informacje na nasz temat. Kiedy Leszek Żądło zdiagnozował nas jako białe anioły (dusze archanielskie wcielone w ciało ludzkie) – przypominam, że był to rok 2007/2008 – to dusze z Białego Bractwa przykrywały energetycznie nasze opracowania, wpisy i wmawiały, że wszystko jest w porządku, nie ma się czym martwić, one się wszystkim zajmą i zaopiekują, a nasza praca, dociekania nie mają znaczenia, bo kim my w ogóle jesteśmy. No, ale takie mieliśmy zadanie, bo gdyby wiedzieli „kim”, rozmowa wyglądałby inaczej. Jednak największym „wyłomem” w szeregach ezoterycznych była opisana przez nas manipulacja Metatrona i nie chodzi tylko o jego techniki merkaby, ale channelingi i podłączenia, jakie uzyskiwał dzięki czytaniu jego „przesłań”. Wówczas dopiero wiele osób zaczęło się zastanawiać, patrzeć na to wszystko z większą uwagą. Mimo tego, że mówiliśmy od początku, że człowiek jest traktowany jak bateria, że są mu wyciągane energie i że właśnie przez swoje wcielenie zasila te istoty, które dzięki temu same nie muszą się wcielać. Ciągle znajdywali się obrońcy „starego” mówiący, że zmieniamy bieg rzeczy, który zawsze się sprawdzał. No tak, sprawdzał w jaki sposób? Ciągłe wojny i walki fizyczne, państwowe, religijne, etniczne, rasowe, filozoficzne. Bardzo śmieszne.

Najtrudniejszym tematem, poruszanym na łamach moich opracowań było oświecenie przedstawiane nie jako stan permanentny, ale jako nieskończony rozwój świadomości. Wszelkie formy oświecenia (w większości są to techniki umysłowe, tu głównie lucyferyczne) opierają się na rozpuszczeniu ego, ale pomijają aspekt duszy i wyższej jaźni, tego, że my jako istoty do indywidualizacji potrzebujemy doświadczenia z różnych wymiarów, gęstości i Wszechświatów. Co z tego, że na tej planecie „oświecony się oświeci”, jeśli jego ciała nie są zindywidualizowane na poziomie adi lub wyższym, lub jego dusza ma zupełnie inne cele i plany? Taka istota – bo taki jest cykl monad – dostanie z powrotem impuls do życia, choć na pewno w innym świecie i systemie energetycznym. Po kilku takich publikacjach większość osób, która szukała oświecenia, zaczęła nas traktować jak heretyków podważających sens duchowości. No cóż, rozwijamy się dla siebie; po co więc stawiać jakikolwiek cel poza sobą i zamykać się w cudzym systemie przekonań na temat tego, co i jakie ma być?

Temat chyba najbardziej wymagający dotyczył pierwszych rozpraw o obciążeniach dusz, ich pochodzeniu oraz wpływie nieba i piekła, białych i czarnych istot. Opracowanie Podział na wolno – nie wolno, Książęta Piekielni, a później Ciała podziemne i nadziemne z perspektywy dżdżownicy – przykład, to są wymagające opracowania. Podobnie jak wpisy o tym, że nie tylko gęstość astralna jest iluzją, kłamstwem i istnieje tam zło, manipulacje, ale też wyższe gęstości wcale nie są lepsze; ba, tam gry i manipulacje są na zupełnie innym poziomie. Informacje, że na poziomie przyczynowym, buddycznym czy atmaniczym istnieją (żyją) istoty pasożytnicze czy manipulujące, nie były mile widziane. Postawa wyparcia przez środowisko duchowe nie przypominała postawy badacza, otwartego umysłu, podważającej i obserwującej, rozumnej istoty, bo miała cechy dziecka, które woli przymknąć oczy na agresywnego rodzica i wytłumaczyć jego zachowanie – swoją winą, porządkiem rzeczy, karmą. Na całe szczęście rośnie już młode pokolenie z zupełnie inną perspektywą. Parę lat temu usłyszałem od kilkunastoletniego syna klientki słowa: „Panie Nikodemie, przeczytałem Energię Miłości. Dusze są duszami, raczej biedne, ale to problem jest na poziomie wyższych jaźni, ja bym tam zrobił czystki”. Chłopak miał chyba czternaście lat i powiedział to rok przed Przebudowami 2019. To jest właśnie pokolenie, które nie jest zaburzone wpływem buddyjskim, New Age, które patrzy powyżej tych systemów przekonań i baniek energetycznych, stworzonych wokół tej planety.

Dzisiaj wiele osób pisze o duszy, rozmawia z duszami, cząstkami subtelnymi, esencjami, wyższymi ja. Nikt się z tego nie śmieje, nie podważa tego; nawet poszukuje się osób z takimi umiejętnościami. Dzisiaj o karmie pisze się bez pardonu – że to wytwór starych, upadłych istot, Anunnaków, archontów. Mówi się głośno i wyraźnie o przekrętach stosowanych przez różnej maści przewodników duchowych, namawiających na wcielenia w tym patologicznym systemie; ludzie rozumieją, że za aniołki podają się sprytne jaszczury, które są plagą tego świata. Nikt nie ma z tym problemu, a piętnaście lat temu obrywaliśmy i byliśmy wyśmiewani za takie informacje. Jednak temat ciemności, ciał podziemnych, piekieł, mroku, swoich obciążeń z innymi ciemnymi istotami ciągle budzi śmiech, niesmak lub politowanie. A taki Hitler, Stalin przyszli już z patologią, czernią w swojej duszy czy tylko życie ich złamało i stworzyło z nich psychopatów, bo byli czystą kartą? Co było pierwsze: dusza czy osobowość? Dusze mogą być i pochodzić z mroku, ciemności, piekieł, upatrywać dom w poszczególnych kręgach, antywymiarach, ale ich monady – mimo tego, że często i głównie są zbiorowe – pochodzą z jedności, światłości, miłości, czy – jak wolisz – źródła lub Boga. Tego rozróżnienia obecnie nie ma jeszcze w świadomości i pewnie szybko nie będzie, bo o to postarała się cała fala New Age i jej prorocy. Teozofowie z jednej strony przedstawili sporo wiedzy technicznej, ale dali jednocześnie podbudowę pod podział, selekcje, wywyższenie istot niewcielonych, w tym Białego Bractwa. I za to oberwało się najbardziej Jiddu Krishnamurtiemu.

Cały lucyferiański przekręt nie zaczął się od teozofów, ale to szczególnie była teozofka Alice Bailey, skłócona z Annie Besant, która poszła swoją drogą, dała podwaliny pod cały ruch nowej ery. Stworzyła ona firmę Lucifer Trust, która szybko zamieniła na Arcane School, ponieważ „źle się kojarzyła” przeciętnemu obywatelowi USA. Co było dalej? Nurt New Age, który całkowicie wykasował istnienie diabła, szatana, piekieł. Mimo tego, że już dużo wcześniej Rudolf Steiner zrównał Arymana, Chrystusa i Lucyfera, tworząc jedną linię, pomost. A przecież są to różne dusze, istoty, siły, szkoły wpływu i oddziaływania na istoty młodsze. Aryman i Metatron betonowali, uziemiali, zakleszczali w karmie, traktowali istoty jak bydło hodowlane. Jak pisał śp. Jerzy Prokopiuk „Natomiast Lucyfer ani Aryman nie proponują żadnego zmartwychwstania. Aryman, oczywiście, ex definitione, bo bydlę po prostu nie ma co zmartwychwstawać, nie ma co w ogóle pchać się do zmartwychwstania. W wariancie podsuwanym przez Lucyfera może być, owszem, właśnie tak, że człowiek jak gdyby się w nim roztapia – byłaby to więc poniekąd doprowadzona do końca sytuacja „kolacyjki” (1). Mamy jeszcze oddziaływanie Beliala, Szatana czy choćby Białego, który traktowany był jak Bóg, a jego trony sięgały aż do dziewiątej gęstości adi. To Biały i jego siły walczyły z Belialem, Lucyferem, Lewiatanem, Arymanem, by później zwyczajnie podpisać umowy, że właśnie tak będą dzielić światy pomiędzy siebie. Każdy na swoim miejscu i od świata do świata tak samo. Zresztą pięknie ten element widać w Przebudowach 2019. To, czy człowiek wybierze religie ze swoim grzechem i zbawieniem, czy wschodnie systemy filozoficzne z karmą i oświeceniem, nie ma żadnego znaczenia. Wszystko należy i pochodzi od tych samych istot, to są ciągle ci sami bogowie (istoty zstępujące), a dusze mają podobny obieg energetyczny w tym samym „ciągu” samsarycznym. Na czubku piramidy elita – znamy ich imiona – a w dole wiele różnych zapracowanych istotek, takich jak szaraki, jaszczury, drako, mniejsze demony, boty systemowe regulujące mechanicznie i automatycznie wiele procesów wcieleniowych i reinkarnacyjnych.

Jednak jeśli już żyjemy w tej samsarze, piaskownicy, tych niskich energetycznie Wszechświatach – bo istniejemy przecież wielowymiarowo – to możemy odzyskać dostęp do wcieleń, światów, w których nasze energie zostały wybite, utracone czy dosłownie „sprzedane” – bo dusze tak robią. Warto zacząć wracać do swojej wibracji pierwotnej, wolnej od wpływu świata dualnego, białych, czarnych, piekieł, różnych ścieżek duchowych i metod, które stale oddziałują na naszą energetykę i postawy. Jednak temat pracy z duszą i pracy nad sobą wymaga przyznania się, że my jako osobowość to my, ale nie wszystko w naszym życiu jest wynikiem naszych decyzji, woli, wpływu podświadomości, bo jest ten kluczowy w ludzkim rozwoju i ewolucji czynnik, jakim jest wpływ dusz. I tak jak my posiadamy szereg obciążeń, wzorców (głównie pochodzących z rodu), tak również nasze dusze mają własne zestawy programów, potrzeb, zależności. Nas dotyczą prawa fizyczne, chemiczne, biologiczne, je dotykają prawa duchowe i energetyczne. To, co my robimy w kilka miesięcy, tygodni lub dni, dusza potrafi zrobić bardzo szybko, ale musi chcieć, a z tym „chceniem” bywa różnie.

Chyba o to w tym wszystkim chodzi. Kurtyna w temacie dusz, nie tak doskonałych wyższych ja, opadła. Mit na temat karmy, odrabiania czegokolwiek, boskich praw przyczyny i skutków okazał się logicznym algorytmem komputerowym bez grama miłości i tak naprawdę sensu, bo dusze tylko generowały więcej bólu, cierpienia i krzywd, czyli grzęzły w systemie, zamiast się od czegokolwiek uwalniać. Oczywiście, że Biały, Aryman, Metatron, którzy głównie regulowali ten system, nie byli zbytnio z naszej pracy i podsumowania zadowoleni. Podobnie jak Lucyfer ze swoimi jaszczurami okupującymi ten system. Nie chodzi jednak o zadowolenie lub samozadowolenie, tylko o fakt, czy coś działa. Obecny temat nie dotyczy już przewodników, sił, które trzymają dusze w nie wiadomo jakim więzieniu, ale świadomości swojej własnej mocy wewnętrznej. Czy to nie piękne, że każda istota potrafi i może kreować, być odpowiedzialna za siebie w miejsce oddawania swojej woli temu psychopatycznemu systemowi, który ma ją wychować „twardą ręką”, lub jakiemuś bliżej nieokreślonemu przewodnikowi? Czy to nie piękne, że dusze wszelkich gatunków, wibracji, o najprzeróżniejszej przeszłości mogą tylko przez akt woli, determinacji uwolnić wszystkie swoje zależności, nawet te najtrudniejsze, czyli ciemne, piekielne? Mogą rozwiązać karmę z dawnymi Książętami Piekielnymi, bibliotekami piekielnymi (coś na wzór Akaszy, ale po stronie ciemnej), uwolnić zyski i nauczyć się na nowo odpowiadać, kreować na lżejszych energiach. I wcale nie trzeba żadnej konfrontacji, zgody płynącej z zewnątrz, bo wystarczy podjąć decyzję. Nawet Aleister Crowley, który wcale nie ukrywał, że w piekłach długo zabawił, mówił o rozwoju przez konfrontację. Może właśnie ta ciemna kurtyna, która opada bardzo powoli wokół tej planety, to patrzenie pod swoje nogi, w ciała podziemne, staną się takim światełkiem dla istot, które dotychczas nie miały ani szansy, ani możliwości wrócić do siebie, bo ten system czy dany system hierarchiczny trzymał je w szachu, w strachu. Świadomość wolnej woli, miłości, która nie ocenia, nie dzieli, nie karze, oraz tego, że każda istota pochodzi z miłości i jedności, nie tylko daje nadzieję, ale przede wszystkim inspiruje, pokazuje, że nie wszystko, co wydaje się trudne, nie do przejścia, nie do zaakceptowania, jest takie, jakim się wydaje. Wystarczy jednak zrobić krok w nieznane, bo jak mówił Les Brown: „Skacz, a siatka się otworzy”.

Zapraszam do drugiej części opracowania, pt. Konsumpcjonizm ezoteryczny i fałszywy rozwój – efekt potwierdzenia i pułapka minimalnego wysiłku, cz.2.

Nikodem Marszałek

luty, 2022 r.

(1) https://www.gnosis.art.pl/numery/gn07_prokopiuk_steinrowska_dem.HTM

You may also like