Home Relacje i związki Manipulacje w terapii i rozwiązywanie konfliktów pary

Manipulacje w terapii i rozwiązywanie konfliktów pary

by admin

Każdy z nas wynosi z domu konkretne wzorce. Mój wzorzec partnerki wyniesiony z domu, zdeterminowany był przez dwie kobiety: wrażliwą, skrytą, zdominowaną mamę oraz silną, wpływową, dominującą babcię. Dodatkowo potęgowało go zachowanie mężczyzn, którzy są poddani i całkowicie zależni od samicy alfa. Dlatego, żeby odziedziczonym i wyuczonym podczas dorastania wzorcom stało się zadość, spełniłem wszystkie wymogi. Oczywiście na tym ucierpiałem. Moje partnerki były konfrontowane z Jolą, realizującą w moim dorosłym życiu wzorzec babci. Silna, kontrolująca, zawłaszczająca przyjaciółka, która mówiła: „to tak, to nie, ta dobra, ta zła” itp. Nowe dziewczyny czuły się tak, jakby musiały przejść „magiczny” test mojej przyjaciółki. Oczywiście wszystkie oblewały, na co zwróciła mi uwagę moja była żona.

W pewnym momencie, miałem wówczas 33 lata, spotkałem dziewczynę dużo młodszą od siebie. Była bardzo podobna do mnie nie tylko w zachowaniu, świecie wewnętrznym, ale i wzorcach. Można powiedzieć – spotkałem kogoś podobnego w przeżyciach i zachowaniu do mojej mamy (dlatego tak dobrze się dogadywały). Mnie wychowała twardą ręką babcia, dziewczynę – samotna mama wraz z dziadkiem.

W styczniu 2015 roku napisałem pierwszą wersje artykułu pt. „Jak domykać związek i po co to robić?”. Wiedziałem, że nasz związek nie jest domknięty, bo ciągle na niego wpływają zazdrośni koledzy i Jola. Następnie artykuł opublikowałem i zaraz dostałem list od Joli, że sobie żartuję. Odniosła go do siebie – twierdziła, że nie wpływa na żadne moje relacje. Dwa miesiące później, czyli w marcu 2015, zerwaliśmy z dziewczyną. Co się stało później? W maju tego samego roku całkowicie zaprzestałem kontaktu z Jolą – nie obyło się bez przekleństw. W tym czasie miałem dosłownie „rozłupane” serce po rozstaniu z ukochaną. Bardzo to oboje przeżyliśmy. Ale w tym okresie nie byłem wolny – gdzieś już mi świtało, że jestem chyba w dziwnej, symbiotycznej relacji z Jolą, a ona sama ma zaburzenia narcystyczne. Dokładnie spełniłem proroctwo moich męskich przodków: byłem zlany psychicznie i emocjonalnie z osobą dominującą, zawłaszczającą, magiczną, pomimo spotkania partnerki o przeciwnym charakterze. Historia trudna, ale z pomocą przyszły moje artykuły, bo pisanie każdego z nich w tym okresie przypominało trochę notatnik, w którym próbowałem wytłumaczyć sobie całą zaistniałą sytuację.

Żeby ochronić uczucia do dziewczyny, napisałem w marcu 2015 „Mój list do walentynki”, a w maju – „List do byłej dziewczyny”. Racjonalizowałem swoje odejście, ale ono nie wynikało z mojej wolnej, świadomej decyzji. Nie chciałem dopuścić na początku do siebie, że jestem osobą kontrolowaną, zależną, pod wpływem ciał subtelnych Joli i jej duszy, planów całej siatki wpływu. A wszystko to działo się przez moje nieuwolnione wzorce, które realizowałem po wszystkich męskich członkach obu rodów. Tak, obu! Wszyscy przeżyli to samo, nie tylko mój tata w relacji ze swoją zaborczą matką. Proszę zrozumieć – w całej tej sytuacji nie ma winnych. Nie jestem nim ani ja, ani była dziewczyna, ani Jola czy nasi rodzice i dziadkowie. Nie szukamy winnych, bo ich nie ma. Aryman, kiedy pierwszy raz duchowo był uwalniany, powiedział: „Wszyscy jesteście ofiarami”. Nasze relacje z dziewczyną po tym zerwaniu już nigdy nie były takie same.

Dlaczego o tym piszę? Bo tutaj dzieje się rzecz ciekawa, która wróciła jak bumerang.

Kiedy zeszliśmy się ponownie ze sobą, dziewczyna zaczęła później pracować z terapeutką. Na początku opowiadała, w jaki sposób terapeutka widzi daną sytuację, którą ona sama jej przedstawia. Na co odpowiadałem: „ciekawy odbiór”, „nowa interpretacja”, „inne podejście do wydarzenia”. Swoim zachowaniem potakiwałem, słuchałem, byłem ciekawy, bo przecież sam mówiłem, żeby kogoś znaleźć. Nie rozumiałem jedynie, dlaczego dziewczyna wymaga interpretacji różnych wydarzeń, redagowania sytuacji przez kogoś obcego (bo przecież nie na tym polega terapia). Miałem się szybko przekonać, że kiedy podczas pracy był podważany jej własny osąd, widzenie, interpretacje, w to miejsce wchodziły nie tylko jej własne odpowiedzi, reakcje płynące z przemyśleń wewnętrznych, ale też cały osąd i wyobrażenie – nawet jeśli było to czynione nieświadome – terapeutki. Pole wpływu terapeutki było coraz większe i zacząłem odczuwać na własnej skórze, czym są wyobrażenia, kiedy dziewczyna zaczęła opisywać mnie samego. Pamiętam szczególnie trzy takie przypadki, które potwierdziły tylko moje przeczucia wewnętrzne, że coś jest nie tak i że została przekroczona granica. Pierwszy raz dowiedziałem się, że zareagowałem na sytuację „A” irytacją, a przy sytuacji „B” usłyszałem że pali mi się grunt pod nogami. Tak sobie pomyślałem od razu: czy ktoś pytał się o moje własne odczucia i uczucia dotyczącej tej sytuacji? „Skąd – powiedziałem skierowany w stronę dziewczyny – masz takie informacje?”. Dziewczyna odparła: „Terapeutka tak opisała twoje zachowanie, że mogłeś tak poczuć”. Odpowiedziałem: „A co ty czujesz w tej sytuacji? Czy zadałaś mi pytanie, jak mogę się czuć? Co sam o tym myślę? Jak to odbieram ze swojej perspektywy? Przecież wy w tym momencie uprawiacie gaslighting (1)”.

Już podczas takiego zwykłego bycia w kontakcie ze sobą, budzi się znajomość siebie samego, tego, co się czuje, tego, co się myśli, a to pozwala nie przyjmować cudzej sugestii, opinii jako swojej własnej. Gdyby to w jakikolwiek sposób rezonowało, zbudowane zostało z więzi terapeutycznej, znajomości; ale tu wynikało to jedynie z opisów osoby trzeciej, obcej. Przypominało to wsadzenie głowy dziewczyny w jakiś schemat i budowanie pewnego obrazu nas i mnie przez terapeutkę. Nie wiedziałem w tamtym okresie, że już jest zbudowana linia zaufania, przyjaźni: terapeutka – dziewczyna, i jest aktywne przeniesienie: mama – terapeutka, czyli zbudowany jest autorytet. Może wewnętrznie czułem, że dzieje się coś niedobrego, jest manipulacja, ale traktowałem to jako „pracę nad sobą”, pewien proces ze wzlotami i upadkami. Sam przecież polecam ludziom konfrontować się z innymi systemami myślenia, metodami, technikami, żeby mieć szerszy obraz, który nie jest zamknięty w jednej bańce, systemie przekonań.

W tym okresie w śpiączkę cukrzycową zapadł Leszek Żądło, który duchowo poprosił mnie, żebym był na jego pogrzebie. Pojechałem do Katowic. Dzień przed pogrzebem pisaliśmy z dziewczyną jeszcze przez Skype’a: dużo uczuć, normalna rozmowa. Następnego dnia opisałem cały pogrzeb na komunikatorze, ale już nie otrzymałem żadnej wiadomości od dziewczyny, bo w tym dniu miała spotkanie z terapeutką, która, jak się później dowiedziałem, powiedziała: „O, zobacz jaka jesteś szczęśliwa. Wystarczy, że nie ma twojego partnera. Promieniejesz”. Kolejnego dnia dostałem wiadomość, że partnerka nie chce, żebym wracał. Przynajmniej nie teraz. Żadnej rozmowy, komunikacji: „Hej trzeba nad tym popracować. Hej, przydałoby się tutaj coś zmienić. Hej, mam mieszane odczucia związane z tym i tamtym”. Odcięcie i stworzony myślokszałt wyobrażeniowy na mój temat, w którym upchane były wszystkie emocje z całej naszej relacji, emocje rodziców, całe życie. Wszystko zlane w jedną masę.

Odchodząc w 2015 roku, swoim zachowaniem, własnymi nieuwolnionymi zależnościami, wzorcami skrzywdziłem bliską dla siebie osobę i siebie samego. Teraz, w kwietniu 2021 (w okolicach moich urodzin), doświadczyłem tego samego. Oboje to zrobiliśmy, będąc pod wpływem ingerencji osób trzecich. Poczułem w tym okresie, że koło karmiczne się domknęło.

Po powrocie, kiedy rozmawiałem o tym z inną psychoterapeutką, dowiedziałem się, że moja dziewczyna mogła zostać źle zdiagnozowana. Osobowości zależnej została postawiona diagnoza jak jednostce unikającej (lub odwrotnie). Obie te osobowości potrzebują konsultacji z innymi i stałych potwierdzeń dla swoich wyborów. Postawa bierności, uległości, grzeczności miała zapewniać ochronę, dawać więź z innymi; zadowalanie innych miało dawać specjalne przywileje, miłość, opiekę. A postawa unikająca miała chronić przed ośmieszeniem i odrzuceniem; nie można przewidzieć, co kto pomyśli, a wtedy osobowość unikająca może nie wiedzieć, co sama ma zrobić, jak się zachować. Taka osoba jest nadmiernie wyczulona na krytykę, wątpi, nie wierzy, że ma coś do zaoferowania i boi się nawiązać kontakt z kimś, kogo dobrze nie zna. Takie jednostki przerzucają całą odpowiedzialność za swoje życie na barki innych.

Nagłe usłyszałem od terapeutki: „Nie czuję pan uwolnienia?”. Popatrzałem w szybę i odpowiedziałem: „Na razie odczuwam zaskoczenie i smutek”. Usłyszałem dalej: „Pan jest komunikatywny, szuka, myśli. Wiele osób w takiej sytuacji odpuszcza lub szuka winnych. Mógł pan swoim zachowaniem, słowem podważyć jakiś osąd, opinię czy interpretację terapeutki i partnerka przekazała to jej podczas swojej terapii. Mogło to uderzyć w jakiś nieprzepracowany wzorzec terapeuty”. Powiedziałem na to: „Kiedy z kimś pracuję i pojawia się temat odczuć do partnera, relacji, przepływu, zawsze proszę o zaangażowanie w komunikację drugą stronę. Kiedy jest poważniejszy problem, mówię o pójściu do negocjatora lub terapeuty par. Tutaj nic takiego nie było. Całkowita izolacja, brak komunikacji, rozmów” i dodałem po chwili: „Czy to nie jest czasem tak, że dana sugestia, interpretacja zachowania mogą być trafne, a osobowość klienta akceptuje je, rezonuje z nimi i zaczyna się proces samoanalizy i zmian; ale kolejne są fałszywe, wzięte z sufitu, przekształcają coś niepoprawnie? I wcale ten proces nie dotyczy mechanizmu obronnego klienta czy jego otoczenia, ale błędnych założeń terapeuty; wynika ze złej oceny sytuacji lub gry klienta? Wiele początkowo trafnych rad, sugestii zbudowało zaufanie do osądu terapeuty; klient się otworzył przez stworzoną więź i później już bez własnego filtra (przecież został podważony i zasugerowano niby lepsze mechanizmy) nie selekcjonował. Ile więc jest takich poprawnych i niepoprawnych sugestii na kilka miesięcy terapii? I jak pewne typy zaburzonych osobowości sobie z tym radzą? Kto to sprawdza?”. Terapeutka już nic nie odpowiedziała. Miałem wrażenie, że nie chce mówić o swoich kolegach po fachu ani o manipulacjach w samej terapii.

Kiedy wracałem do domu, miałem uczucia smutku i jednoczesnej miłości, ale wiedziałem, że muszę wykonać jeszcze jedną rzecz – odkryć karty duchowe. Dlatego wykonałem analizę.

  1. Podstawa (na czerwono). Czakram odpowiedzialny za wspólne życie, wsparcie. Czakramy odcięte bardzo mocno od siebie. Energie wracają do siebie.
  2. Sakra (na żółto). Czakram odpowiedzialny za ciepło, seks, uczucia, zdrowie. Bardzo dużo energii wytworzonej na środku. U byłej partnerki energia ucieka w bok (do kogoś, w coś).
  3. Splot (na pomarańczowo). Czakram odpowiedzialny za emocje, wspólne projekty, karmę. Jest połączenie, ale na środku od strony partnerki wibruję „piorun” (oznacza: skłócenie, konflikt). Jest to zbiór skierowany splotem do ciała partnerki, czyli jest tylko w jej polu. Z prawej strony za plecami partnerki wibruje zbiór energii. Jest to splot także dotyczący emocji, pewnie przygotowane na terapię.
  4. Serce (na zielono). Czakram odpowiedzialny za głębokie uczucia, wzajemny szacunek. Jest miłość po obu stronach, ale energia się nie łączy. U mnie energia jednolita. U partnerki energia „rozmydlona”, „rozproszona”. Przypomina to technikę rozrzedzania. Każda cząstka (promień) jest zamknięty negatywną historią (opisem nas, mnie). Niebezpieczne, bo powstaje pustka, wolna przestrzeń, ma to wymiar samooszukiwania. Serce powinno sobie pracować.
  5. Gardło (na niebiesko). Czakram odpowiedzialny za komunikację, wiedzę, zrozumienie. Równe, szerokie połączenie. Im bliżej ciała partnerki, tym większe ma się wrażenie „wsunięcia czegoś”, co utrudnia komunikację, a nawet ją zatrzymuje. Czyje to jest, co to za technika? Żeby zniechęcić do rozmów, komunikacji, nie mówić, nie tłumaczyć; działa to jak lep, siatka. To nie pochodzi od nas. Wpływ zewnętrzny.
  6. Trzecie oko (na różowo/fioletowo). Czakram odpowiedzialny za widzenie siebie, odbiór siebie, wspólne cele (również splot), samoanalizy, myślenie. Dziwnie. Wiązki energii lekko wychodzą ode mnie, ale nie są w kontakcie z energiami i polem byłej partnerki. Po drugiej stronie: przód trzeciego oka jest zaburzony, bo kiedy energia wychodzi z czakry, to ona się nie styka z rzeczywistością, tylko wchodzi w takie fale, fantazje, wyobrażenia; cały odczyt jest zaburzony. Dotyczy to nie tylko „niewidzenia mnie”, ale ogólnie odbioru świata. Dodatkowo u góry narysowałem „strzałkę małą”. Jest to zasilane przez kogoś (coś) z góry, wyższych gęstości. Na chłopski rozum taka technika wpływa na to, że kiedy patrzymy na coś, nie widzimy tego takim, jakie jest, tylko przez kilka filtrów mamy zniekształcenie, odbiór jest zaburzony. Cześć energii kieruje się również do tyłu. Wibruje tam skrzynka. Co ona robi? Czy to technika tej terapeutki? I tak, i nie, czyli jest tu wpływ jeszcze jakiejś istoty. Hm.

To jest tak, jakby czakram został odwrócony do fałszu, w stare, ale w jakiś sposób odbite. Odbite, ponieważ w skrzynce jest soczewka. Czy to lucyferyczne? Tego nie wiem. Tutaj jest kompletna zmiana percepcji, ale jest ona „narzucona” zewnętrznie, czyli świadomość i myśli, powiedzmy nawet, że również samoanaliza, retrospekcja energetycznie są skierowane na zewnątrz, do skrzynki (tył) i kiedy wychodzą przez ciało (umysł, mózg), to kierują się przed siebie – a tu znowu jest zniekształcenie (te fale), które może być potwierdzeniem fałszu (no przecież widzę, no faktycznie). Energia z trzeciego oka wchodzi w pole fluktuacji. Tak można wmówić osobie zaburzenie, że czegoś się nie widzi lub źle odbiera, coś źle się interpretuje. Niestety wszystko to już wpływa na ‘chemię mózgu’. Szok. A jak wygląda praca tej czakry podczas zdrowej terapii?

Energia trzeciego oka kieruje się do splotu słonecznego (żadna energia nie wychodzi tyłem czakr). Część energii emocji (myśli, przeszłości) wychodzi przed pole lub jest w aurze (PŚ – podświadomość). Energia trzeciego oka zaczyna analizować, przyglądać się, rozbierać cześć tego potencjału. Jest tutaj także wsparcie serca, które wpływa na splot słoneczny i na trzecie oko. Serce wpływa wewnętrznie. Dodatkowo energia trzeciego oka swobodnie kieruje się do góry, w bok, do tyłu, przed siebie. Żadna energia nie jest z tyłu schowana. To jest praca bez ingerencji i stosowania technik. Natura.

Napisałem pod analizą: „Niestety nie zauważyłem tych połączeń i zależności. Brawo, Niko!”. I zaraz od swojej duszy usłyszałem: „Dół był połączony mocno, ale nie zauważyłeś «góry», że góra się rozmija”. Co ważniejsze, podczas wykonywania analizy latała wokół mnie dusza terapeutki. Emanowała energią „bycia adwokatem” i usłyszałem od niej: „Jestem od uwolnień kobiet od takich mężczyzn”. Odpowiedziałem: „Z pewnością od takich, bo takich jest mało. Zresztą, nie znamy się, ty nie znasz mnie”. Skierowany do niej subtelnie dodałem: „Ta twoja skrzynka z tyłu czakry trzeciego oka, te pola przed czakramem trzeciego oka twojej klientki, które wpływają na osąd i interpretacje, odwrócenie czakr i temat seksualności w pracy… Czy nie uważasz, że manipulujesz energetycznie, robisz ze zdrowej osoby, jednostkę zaburzoną? I co w ogóle robisz w polu obcej osoby? Ta analiza dotyczy wspólnego pola związku. Tu nie powinno być nikogo innego. To jest zwykła ingerencja”. Zaraz odleciała. Ta istota nie miała żadnego wstydu. Brr. Pani może i pracowała metodą fizyczną, akademicką, wspierała, starała się zrozumieć swojego klienta, ale jednocześnie jej dusza stosowała własne techniki magiczne i ezoteryczne i miała własne plany terapeutyczne. A na same procesy psychiczne wpływały także jej własne obciążenia podświadome. Na koniec wysłałem analizę do byłej partnerki, która powiedziała: „Analiza się zgadza, ale nie opis”. Rozumiałem odpowiedź, ponieważ kiedy tak pracuję – splot słoneczny, gardło, trzecie oko, czyli trzy główne ośrodki odpowiedzialne za zrozumienie, wgląd, a dodatkowo rozproszona energia serca jako technika „odkochania” – to w tym czasie zablokowana jest intuicja, głębszy wgląd, takie zrozumienie oparte na czuciu, wewnętrznym głębokim przeczuciu. Zostają tylko instynkty i odwoływanie do zewnętrznych (a nie wewnętrznych) obrazów.

Temat jednak zostawiłem, niczego już nie pokazywałem, ponieważ dawno temu sam uważałem, że nie jestem „pod wpływem” i moje decyzje podejmuję samodzielnie, jako wynik wzrostu świadomości, poznania swoich potrzeb i zaznaczenia granic. Potrzebowałem wielu lat, żeby zrozumieć, że nie wyglądało to tak, jak sobie myślałem, i że nie tylko wpływ duchowo – energetyczny, ale i współuzależnienie jest rodzajem ingerencji. Prosiłem jedynie byłą dziewczynę, żeby nie zrywała kontaktu i się odzywała od czasu do czasu. W większości przypadków zawsze tak działam, ponieważ miłość jest i zawsze będzie.

W głowie nie dawała mi jednak spokoju jedna rzecz. Pomagam różnym osobom i czasem nasza wspólna praca jest dosyć regularna. I często podczas spotkań lub między nimi słyszę od tych osób: „Czuję się lżej. Tu się dzieje. Faktycznie czuję zmianę. Moje ciało inaczej pracuje. Zmieniło się w mojej pracy”. To, czego dotąd nie wiedziałem, to fakt, że wiele z tych osób przerywało swoje terapie; ponadto – wiele z nich mówiło wprost swojemu terapeucie, że woli pracować ze mną (podawali imię i nazwisko), bo tracą tutaj tylko swój czas i pieniądze! Kiedy sobie uświadomiłem to zachowanie, zacząłem prosić, żeby nigdy nie podawali mojego nazwiska, ani nie rezygnowali z terapii (chyba, że odczuwają, że osoba jest zaburzona, wówczas radziłem zmienić tylko terapeutę). Natychmiast skojarzyłem to z atakami, jakich doświadczałem niejednokrotnie i z wpływem, jaki miała na mnie terapeutka mojej dziewczyny. Mój brat bez pardonu od razu skwitował całą sytuację: „Zazdrość. Ty jesteś konkurencją. Nawet jeśli tak tego nie traktujesz przez swoje duchowe wartości”. I dodał: “Ci «pozostawieni» terapeuci mogli wpływać na Twoją reputację. Zamiast przyjść do Ciebie po naukę, tak jak ty to robisz, ucząc się od wielu, wybierają przez chorą ambicję zwykłą zemstę. A co by się stało gdyby ktoś ci bliski czy inny klient poszedł do takiego «pozostawionego»terapeuty?”. Prawdopodobieństwo trafienia kogoś bliskiego na taką osobę jest dosyć małe, ale biorąc pod uwagę duchowe możliwości i brak przypadków – statystyka się zmienia.

Zakończenie

Miesiąc po rozpadzie naszego związku pojechałem do byłej dziewczyny. Zebrane informacje nie miały znaczenia, ponieważ pojechałem z zupełnie innym nastawieniem. Rozmawialiśmy pierwszy raz bez przerwy prawie dziewięć godzin. Było to jak dziewięć godzin sesji. Około ósmej godziny rozmowy pojawił się temat jej dziadka. Jaki był dziadek? Zachowywał się różnie, ale zostawił w niej ślad: tłamszenia woli, uciszania, strachu przed agresją mężczyzn, niewypowiadania swojego zdania, szarpania za rękę. Kiedy była dziewczyna sobie to uświadomiła, natychmiast się rozpłakała; podobnie zresztą jak ja, ponieważ to, co przenosiła i projektowała na mnie, nie dotyczyło mnie, ale jej nierozwiązanych tematów z dziadkiem. Bo to właśnie on był dla niej najważniejszym mężczyzną w życiu, który ją wychował i się nią zajmował. Mimo tego, że jej biologiczny ojciec był wrażliwy, duchowy, trochę odsunięty od świata (podobnie zresztą jak ja).

Podczas płaczu przytuliliśmy się, ale ja miałem spuszczoną głowę, bo poczułem całą sztuczność tego świata i reagowania według wzorców przodków, które do nas nie należą ani nam nie służą. U byłej dziewczyny, kiedy wróciła na swoje krzesło, pojawił się w głowie strach. Lęk dotyczył reakcji mężczyzny na wyrażenie własnego zdania, poglądu i przeżywaną emocję. Zaraz się szybko zorientowała, że ten strach pochodzi z jej mózgu, a nie mojej postawy czy energii, jaką miałem. Po uświadomieniu sobie tego jeszcze raz się rozpłakała, zresztą jak ja, bo kiedy drugi raz się przytuliła do mnie, jej komórki mogły zapisać nową reakcje mężczyzny: ciepłą, akceptującą, przyjmującą, słuchająca.

Kiedy moja połówka duchowa, kobieta prowadząca kilka biznesów, po naszym spotkaniu i rozmowach trwających miesiąc powiedziała: „Dobrze się z tobą rozmawia. Nie oceniasz niczego, akceptujesz wszystko. Rozumiesz, nawet jeżeli to coś głupiego, Jesteś wspierający, ciepły i wrażliwy”. W tamtym momencie spotkania z byłą dziewczyną pomyślałem sobie, że ona cały czas miała do tego dostęp, do mnie, widoczne, na wyciągnięcie ręki. Ale my jesteśmy zamknięci w swoich głowach (wzorcach) i nie widzimy; a kiedy nie widzimy, to nie bierzemy i nie korzystamy. Było to przykre doświadczenie, które zraniło nas oboje. Chociaż wykonana praca podczas tak długiej rozmowy, udane przeniesienie i projekcja wymagały świadomości (tu: przytomnej, jasnej odpowiedzi byłej partnerki), to po wszystkim najbardziej cieszył fakt, że pierwszy raz od początku naszej relacji posprzątaliśmy całe mieszkanie razem, bo dotąd głównie ja się tym zajmowałem. Gratuluję.

Co ja miałem z tego wszystkiego? Dla mnie lekcją było nieprzyklejanie się do cudzych opisów. Jasne zaznaczenie granic i świadomość, że byłem często pesymistyczny (zgadza się), nie chciałem dziecka (częściowo się zgadza), przestałem gotować (zgadza się), nie słuchałem empatycznie. Także zrozumiałem wewnętrznie, że ktoś może ukrywać swoje uczucia, potrzeby i należy je zwyczajnie – jeśli ten wzór jest aktywny u kogoś – po prostu z uczuciem zachęcić do wyrażenia. Nie robiłem tego. Uświadomienie sobie aktywnego przeniesienia wzorcu dziadka na moją osobę i wpływu, jaki miało to na naszą komunikację, swobodę w wyrażaniu, było milowym krokiem. Dodatkowo, kiedy była dziewczyna wchodziła w relacje ze mną (osobowość ENTJ-A), nie miała uwolnionego wzorca dominującej mamy, czyli weszła z deszczu pod rynnę bez zaznaczonej własnej granicy. Dla mnie wszystkie te informacje były warte każdego wysiłku, szukania, rozmowy ze specjalistami, modyfikacji swojego zachowania i retrospekcji. Mimo odrzucenia i porzucenia chciałem zrozumieć kogoś, z kim tyle lat byłem. Po prostu pojechałem do byłej dziewczyny i byłem gotowy przyjąć na klatę to, co ciążyło jej samej. Bez oceny, bez obrony, bez obwiniania, bez gry „ofiara – kat”, bez rozmowy o manipulacji w terapii i praniu mózgu. Cokolwiek była dziewczyna mówiła, kiwałem głową: „tak, zgadza się, to powiedziałem; to nie dotyczy mnie samego, to jest jakieś wyobrażenie; nie wiedziałem, że tutaj cię zraniłem; nigdy mi o tym nie mówiłaś, nie wiedziałem, przepraszam cię bardzo; palnąłem głupotę bez szacunku dla twoich uczuć, przepraszam; nie wyraziłaś tego żadnym słowem, po prostu nie wiedziałem ani się nie domyśliłem; teraz to wiem i wiem, co zmienić w sobie. Dziękuję”. Płakałem ze spuszczoną głową. Tutaj lata pracy nad sobą, samoświadomości i medytacji, sposobu bycia bardzo pomogły.

Wróciłem do domu jako inny człowiek.

To opracowanie tak naprawdę jest historią o komunikacji i jej braku oraz wpływie osób trzecich na nasze własne relacje. Chciałbym zakończyć je czymś, co chyba każdy winien przeczytać i zastosować w swojej relacji.

Jordan Peterson napisał wspaniałą rzecz, cytuję: „Przez niemal 30 lat małżeństwa mieliśmy z żoną liczne spory – czasem poważne konflikty. W naszej jedności, w jej fundamencie, powstawało wtedy pęknięcie, którego nie potrafiliśmy zasklepić dialogiem. Tkwiliśmy uwięzieni w emocjonalnej kłótni pełnej gniewu i nerwów. Postanowiliśmy zatem, że w takich sytuacjach będziemy izolować się na dłuższą chwilę: ja zamykałem się w jednym pokoju, żona w innym. To wcale niełatwa rzecz, bo w takich momentach, w przypływie złości, pojawia się pragnienie wygrania sporu i zdeptania przeciwnika. Lepiej jednak w porę się opamiętać niż narażać na konsekwencje awantury, która wymyka się spod kontroli. Będąc sam na sam z sobą, próbowaliśmy się uspokoić i oboje zadawaliśmy sobie to samo pytanie: W jaki sposób każde z nas przyczyniło się do sytuacji, w której się znaleźliśmy? Bez względu na to, jak niewielkie były to błędy, bez względu na to, jak dawno… oboje jakieś popełniliśmy. Następnie wznawialiśmy rozmowę i dzieliliśmy się wynikami naszych przemyśleń: Oto, gdzie nawaliłem… Oto, gdzie zachowałem się jak głupiec… Sęk w tym, że aby zadawanie sobie takich pytań miało sens, musisz być pewien, że naprawdę chcesz poznać odpowiedzi. Tutaj problem bierze się z tego, że te odpowiedzi mogą zaboleć. Gdy się z kimś kłócisz, chcesz, żebyś to ty miał racje, a twój adwersarz był w błędzie. W takim wypadku to on, a nie ty, musi złożyć któreś ze swoich przekonań na ołtarzu prawdy i uaktualnić swój światopogląd. To dla ciebie rezultat preferowany. Jeśli jest odwrotnie i to ty musisz zmienić zdanie, nie obejdzie się bez gruntownej samoanalizy – twoich wspomnień z przeszłości, twojej postawy w teraźniejszości i twoich planów na przyszłość. Następnie musisz zdobyć się na przemianę – na poprawę – i wymyślić sposób jej wdrożenia. A na koniec musisz faktycznie wprowadzić ją w życie. To bardzo trudne i wyczerpujące. Zmiany postrzegania i wyrabianie nowych nawyków wymagają regularnej praktyki. Zdecydowanie łatwiej jest zwyczajnie odeprzeć wiedzę nieprzystającą do naszej wizji świata. Zdecydowanie łatwiej jest odwrócić uwagę od prawdy i pozostać rozmyślenie ślepym.

W taki właśnie momentach przychodzi ci zadecydować, czy chcesz dowieść swojej racji czy też chcesz żyć w pokoju. Musisz podjąć decyzje, czy wolisz obsesyjnie tkwić w przekonaniu o absolutnej poprawności swojego światopoglądu – czy słuchać i negocjować. Pokoju nie zyskujesz przez upieranie się przy swoim. Taka metoda prowadzenia sporów daje ci poczucie moralnej wyższości, a twojego partnera pozostawia z goryczą porażki i błędu. Powtórz taki rezultat tysiąc razy, a twoje małżeństwo będzie skończone (albo przynajmniej będziesz sobie tego życzył). Alternatywa – zabieganie o pokój – wymaga postanowienia sobie, że bardziej niż na własnej racji zależy ci na prawdziwej odpowiedzi. Oto droga do wyjścia z więzienia upartych, z góry wyrobionych opinii. Oto warunek wstępny wszelkich negocjacji.

Moja żona i ja nauczyliśmy się, że jeśli człowiek zada sobie takie pytanie z autentycznym pragnieniem odpowiedzi (niezależnie od tego, jak gorsząca, zawstydzająca i okropna może się okazać), wspomnienie jakiegoś głupiego, niewłaściwego występku dokonanego gdzieś we wcale nieodległej przeszłości wyłoni się z głębi pamięci. Wtedy możesz wrócić do swojego partnera, wyjawić mu, jakim jesteś idiotą, i przeprosić (szczerze); druga strona może zrobić to samo, a wtedy dwójka idiotów znów będzie zdolna nawiązać nić porozumienia. Być może to jest właściwa forma modlitwy – pytanie: „Gdzie popełniłem błąd i co mogę teraz zrobić, aby sprawy choć odrobinę poprawić?”. Jednak warunkiem skuteczności takiej modlitwy jest otwarte serce, przygotowane na okrutną prawdę. Konieczne jest, abyś dopuścił do siebie osądy, których nie chcesz poznać. Kiedy podejmujesz decyzję o rozpoznaniu swoich przywar i wyrażasz chęć ich naprawy, otwierasz łącze komunikacyjne ze źródłem wszelkich odkrywczych myśli. Być może to to samo, co konsultacja z własnym sumieniem”. (2)

Zapraszam do kolejnej części opracowania pt. „Od zakochania do dorosłego związku”.

Nikodem Marszałek

Katowice, Polska

sierpień, 2021 r.

(1) forma psychologicznej manipulacji, w której osoba umyślnie tworzy w osądzie ofiary wątpliwości wobec własnej pamięci czy percepcji, często wywołując u niej dysonans poznawczy i inne stany. Za pomocą zaprzeczania, kłamania, wprowadzania w błąd, sprzeczności i dezinformacji gaslighter próbuje zdestabilizować psychicznie ofiarę i podważyć jej przekonania.

(2) Jordan Peterson, 12 Życiowych Zasad, Fijorr Publishing 2018, str. 399-401.

You may also like