Home Białe i czarne - poza dualizmem Uzależnieni od bólu i cierpienia

Uzależnieni od bólu i cierpienia

by admin

Krytyczne doświadczenia zmieniające percepcje

W moim życiu wiele zmieniło się w roku 2016, kiedy uruchomiła się we mnie pamięć zatrucia gazem. Moja mama była wtedy ze mną w trzecim miesiącu ciąży. Pielęgniarka skomentowała całe przywracanie nas do życia krótko: „ Gdyby nie opór lekarza, który przyjechał tego dnia prosto z jednostki wojskowej, umarlibyście”. Taką symboliczną pamięcią tego wydarzenia były nie tylko moje problemy z oddychaniem od najmłodszych lat i wysokie ciśnienie krwi, ale również fakt otwierania okna zawsze kiedy kładłem się spać. I nie ważne, czy na dworze było plus czterdzieści czy minus dwadzieścia. Otwarte okno dla mojego mózgu oznaczało dopływ tlenu. Cała pamięć tego wydarzenia uruchomiła się we mnie nagle, kiedy oddałem książkę do wydawnictwa i otrzymałem odpowiedź. Mój mózg traktował książkę jak dziecko, a opóźniony termin wydania książki jak ciążę, która w moim przypadku była zagrożona. Było to zaskakujące skojarzenie, ale od tego momentu przez kolejne dwa miesiące, każdego dnia o tych samych godzinach, nie mogłem oddychać, a ciało reagowało atakami paniki. Czułem się dokładnie tak, jak mały Nikodem w łonie mamy. Różnica była taka, że kiedy uruchomił się konflikt biologiczny, miałem trzydzieści sześć lat.

Do tamtego momentu czułem się sprawczy, silny, niezniszczalny, mocny energetycznie. Wiele uzdrowień działo się tylko przez fakt odcisku własnych energii w polu. Tamta sytuacja zmusiła mnie do zrewidowania całego poglądu na temat siebie i własnej pracy, ale też energetyki człowieka. Ponieważ całkowicie straciłem kontrolę nad swoim ciałem, i nad tym, co najważniejsze – nad oddechem, musiałem zacząć od podstaw, czyli od myśli. Każdego dnia czułem, jak wzbiera we mnie wysokie ciśnienie krwi, które według Germańskiej Medycyny, miało szybciej i sprawniej dostarczyć tlen do mózgu, ponieważ go brakuje i zagraża to życiu. W tamtym momencie nie wiedziałem, że przyczyna tkwi w uruchomionej pamięci biologicznej z okresu ciąży i że sytuacja dotyczy zatrucia gazem. Dlatego każdego dnia pilnowałem swoich myśli, a raczej rezygnowałem z tych negatywnych. Również wszystkie postawy typu: muszę, na teraz, jutro, próby wykazania się, dotrzymania komuś kroku – wszystko to odchodziło w siną dal. Im mniej pojawiało się różnych myśli, tym mniej powstawało emocji, które miały niebagatelny wpływ na ciśnienie krwi i wszelkie poruszenia energetyczne.

Po dwóch tygodniach doszedłem do momentu, w którym z jednej strony czułem ciało, a z drugiej swoją świadomość (ja obecny), która widzi, że nie jest ani mózgiem, ani podświadomością, ani tymi atakami paniki, ani nawet ciałem. Po prostu czułem się jak wolny obserwator. W filozofii Wschodu i wśród mistyków takie stany bardzo często nazywane są przebudzeniem, ale dla mnie była to najprostsza – działałem przecież instynktownie – metoda do niezasilania myśli i wszelkich emocji oraz konfliktów, które powodowałyby wzrost ciśnienia krwi. Oczywiście to nie wystarczyło. Musiałem popatrzeć jeszcze głębiej w siebie, ponieważ moje ciało fizyczne i ciała subtelne ciągle dostawały skądś pokarm w postaci energii. Skupiłem się na siatce meridianów w ciałach subtelnych, które odpowiadają również żyłom i tętnicom w ciele fizycznym.

Pola. Zbiorniki. Ciała podziemne.

Okazało się, że moje ciała subtelne nie tylko przez główne czakry, ale szczególnie przez porty na rękach i nogach stale pobierają energie z różnych pól i przestrzeni (niekoniecznie przestrzeni, która otaczała mnie fizycznie i eterycznie). Zacząłem przyglądać się ciału i na kartkach z rysunkami meridianów nanosiłem kredkami świecowymi odcienie (wibracje) energii. Badałem tak nie tylko siebie, ale wszystkich, z którymi dotychczas współpracowałem lub którzy powiedzieli, że świadomie rezygnują z mocy. Wszelkie tego typu zapewnienia okazały się mrzonką, ponieważ nawet jeśli ktoś pracował nad sobą i miał jasną aurę, która podchodziła pod przeźroczyste energie, meridiany nadal były złączone z różnymi polami i przestrzeniami mocy. Kiedy mówię o mocach, mam tu szczególnie na myśli pola emocjonalne, np. złości, smutku, żalu, odrzucenia, wkurzenia, furii, bólu, strachu, nadziei. Każda z tych emocji generuje pewien poziom energii, który potem jest przez meridiany dosłownie „zaciągany” (zasysany) jako energia, np. wsparcia, kreacji, mocy.

Cały czas miałem nóż na gardle, bo zagrożone było moje życie, dlatego zacząłem uwalniać, odczepiać i transformować. A nie było to proste, ponieważ tego typu zaburzenia wymagają pracy z takimi czynnikami, jak:

  1. Lokalizacja. Każda dusza ma gdzieś w swoich przestrzeniach zbiorniki mocy, które mogą podchodzić nawet pod całe przestrzenie (połacie) energii utkanej z jej (lub innych, ale o podobnych wibracjach) energii.
  2. Odczepienie zbiornika lub przestrzeni od swoich energii i ciał podziemnych i nadziemnych.
  3. Odczepienie wewnętrzne, czyli wysunięcie siatki, kanału lub kanalika w meridianach (może to być kanał w kanale).
  4. Porty na rękach i nogach, ale także mikroporty i portale w nerkach i wątrobie bardzo często mogą mieć podłączenie do takich miejsc, przestrzeni i pól. Sprawdzamy, czy są kanały, kanaliki, znaki magiczne, które blokują przepływ lub właśnie łączą z danym polem lub zbiornikiem.
  5. Transformacja, czyli rozpuszczenie całego zbioru energii. Nie zostawiamy nic, bo ktoś to wcześniej czy później wykorzysta dla siebie. Im starsza dusza, tym większe pola. Kiedy mówię o ich wielkości, czasem mogą mieć objętość oceanu.
  6. Wypracowanie nawyku. Zaczynamy przestawiać się na energie lżejsze, jaśniejsze, wolne, które nie wzmagają w nas specjalnie jakiegoś rodzaju emocji, którymi się zasilaliśmy dotychczas.

Oczywiście u wielu osób i ich dusz taka praca uwolni strach, lęk przed bezsilnością i utratą – nie czarujemy się tutaj – energii mocy, która w innych światach dawała wsparcie dla magii i kreacji. Oto przykład. Kiedy patrzymy na konflikt Voldemorta i Dumbledora w Harrym Poterze, widzimy starcie dwóch kluczowych postaci. Czy ktoś wie, z jakich energii korzystali? Jaką energię przetwarzali na materializacje mocy? U Dumbledora to nadzieja, strach i smutek, u Voldemorta – odrzucenie, złość, strach.

W tamtym okresie zacząłem tworzyć notatki do artykułu O krzywdzie, zranieniu, emocjach i totalnej akceptacji, który został opublikowany dopiero rok później i stał się moim najczęściej czytanym i udostępnianym opracowaniem. Miałem wtedy już świadomość, że właśnie przeżywam cykl, jest to dokładnie zatrucie i tak naprawdę nie mogę już nic więcej zrobić. Musiałem pozwolić swojemu ciału poradzić sobie z tym konfliktem, mimo że schudłem wówczas do 59 kilogramów, wyglądałem jak żywa śmierć i gdzieś tam czułem, że zbliża się mój koniec. Człowiek w takim stanie nie myśli dużo, nie robi podsumowań – jak wielu insynuuje – patrzy się tylko na to, co było dobre, budziło radość, śmieje się ze swojej głupoty i tego, jak traktował sam siebie i najbliższych, o jakie pierdoły walczył, o jakie nieistotne rzeczy się kłócił. Czułem, że zbliża się ten dzień, że to moja ostatnia noc, ale nie czułem smutku ani radości, czułem moje własne ciało, wyniszczone wewnętrznie. Nie było w tym mojej winy, wszystkie te konflikty nie wynikały z niczego, za co byłbym odpowiedzialny czy do czego sam doprowadziłbym swoim myśleniem. Nie było z mojej strony modlitw, próśb, szukania Boga. Mimo skrętów ciała, odczucia rozrywania ciała, wewnętrznie, głęboko w sobie odczuwałem spokój. Nie wiem, czy użyłbym sformułowania „miałem pogodzenie”, raczej mimo konwulsji, paniki i tego, co robiło moje własne ciało, odczuwałem spokój i zadowolenie z siebie, bo zrobiłem wszystko, co mogłem, z zasobów, jakie posiadałem.

Stała się rzecz dla mnie zaskakująca.

Następnego poranka zobaczyłem słońce i wykrzyknąłem: „Ja żyję!”. Po dwóch miesiącach walki, a raczej odpuszczania, czułem się zupełnie inaczej, lżej, mój oddech wrócił do normy. Czułem się bardzo zmęczony, ale wiedziałem, że szczytowa faza kryzysu epileptoicznego jest za mną. Po takich przejściach nie wróciłem do starych nawyków, nie było już tego kogoś, kim byłem przed tym wydarzeniem. Dotyczy to chyba wszystkich osób po ciężkich chorobach lub ciężko chorujących czy tych, którzy otarli się o śmierć. Jednak coś we mnie umarło, było to przeświadczenie, że jestem nie wiadomo kim, jestem nieśmiertelny, wszystko mogę, cały świat czeka, trzeba walczyć. Dla mnie – tak to nazwałem – był to okres przekroczenia świata podziemia. Na samą rzeczywistość, chociaż to słowo nie jest właściwe, zacząłem patrzeć w zupełnie inny sposób. Niestety dla mnie okres, w którym ciało wyrzucało dosłownie wszystko, jak palący ogień trawę, dopiero się rozpoczął. Wyszedłem z jednego dołu, żeby kilka miesięcy później doświadczyć dużo poważniejszego, ale nie o tym jest ta historia. Tak na wiele kolejnych lat utknąłem w zderzaniu się z tym, co ja sam nazywam białymi i misyjnymi wzorcami, połączonymi z rodowymi chorobami i programami przodków. Prawie każdego białego i czarnego wzorca (ich spis opublikuję wkrótce) doświadczyłem i przeżyłem od strony (jeśli taka istniała): choroby, skutku biologicznego, fizycznego, społecznego, zawodowego, osobistego, finansowego.

Kiedy patrzę sobie na całą sytuację, ale trochę na całe swoje życie. Mam gdzieś wrażenie, że to życie ustalał jakiś psychopatyczny oprawca, który uwielbia znęcać się nad istnieniem. Mam również świadomość, że planowała to dusza bez żadnej empatii, uwielbiająca ból, cierpienie, krzywdę, niezrozumienie. Im więcej tych cech, tym cięższy krzyż. Ciało jednak idealnie pokazało, że nie tędy droga, coś w tym myśleniu jest nie tak, nie w porządku. Chodzi tu jednak o coś więcej niż nasze indywidualne myślenie, bo można powiedzieć: społeczne i religijne postawy osadzone na białych wzorcach są szczególnie wyniszczające. A kiedy są one spotęgowane, choćby w takim kraju jak Polska, można ulec wrażeniu, że nie ma innego świata.

W pewnym momencie życia całe nasze istnienie mówi: za dużo bólu, za dużo cierpienia, za dużo odrzucenia, zmartwienia, niezrozumienia, chorób. Mówi, bo nie ma więcej siły trzymać się tej patologii. W ciele greckiego herosa, półboga czy boga, wiele rzeczy i konfliktów jest nieaktywnych, można je przeoczyć. Podobnie jest z duszami, dla których energia to energia, nie ma dla nich znaczenia jaka. I tak duchowe przeczy temu, co fizyczne, ale fizyczne w pewnym momencie odciska w duszy swoje piętno i dusza musi zrewidować swoje podejście i myślenie. Gorzej, jeśli dusza zaprzecza lub próbuje zmienić rzeczywistość na swoją własną modłę. Wtedy bardzo współczuję takiej osobowości, bo trzeba mieć nie lada zaparcie, żeby zmienić ten sposób myślenia i wpływu na własny los.

Przekroczyć ból

Ważnym wyzwaniem w tym temacie jest uzależnienie od bólu i cierpienia. I nie chodzi mi o wmówione religijne czy nawet duchowe postawy, że oto, mały człowieku, twój ból i cierpienie przyniesie ci korzyść w kolejnym życiu, doprowadzi do nieba lub ból i cierpienie wyrzeźbi twoją duszę niczym znakomity rzeźbiarz. Tłumaczenie patologii prowadzi zawsze do patologii. Takim chyba najwłaściwszym pytaniem w tym temacie wydaje się zdanie: „Dlaczego czuje się dobrze, odczuwając ból?”, „Dlaczego czuje się dobrze, odczuwając cierpienie?”. Oczywiście odpowiedź na to pytanie prowadzi do innego tematu, poruszanego w artykule Jesteś pełnią, jesteś całością, dotykającym autoagresji. Czy może być tak, że dusza, nienawidząc siebie lub jakiejś swojej części, przenosi te cechy na swoją kreację fizyczną, wcielenie? Pewnie są takie przypadki. Czy może też być tak, że ból jest sygnałem, że gdzieś zrobiliśmy krok za daleko? Takie rzeczy są udowodnione. Jednak czy ból i cierpienie – również w życiu duchowym, dusz – nie działa trochę tak, jak na poziomie ludzkim. Podczas odczuwania bólu organizm wytwarza endorfiny, które działają przeciwbólowo i poprawiają samopoczucie. Podobno są stymulowane te same receptory, które reagują, kiedy dostarczamy substancji psychoaktywnych (morfina, opiaty, kodeina, opium), narkotyków. Ból więc może uzależnić, wprowadzić w stan euforii. Niektórzy wykorzystują ból, żeby udowadniać sobie, że żyją. Inni od dawna już nic nie czują, zmrożeni całkowicie, więc jedynie ból dostarcza im reakcji emocjonalnej. Ból, cierpienie, poświęcenie odbite wszelkimi krzyżami również utrzymuje ludzi w przeświadczeniu, że jest coś szlachetnego w śmierci, poświęceniu, bólu, cierpieniu, wyrzeczeniach. Ilu świętych zadawało sobie ból? W imię czego i przeciw czemu?

Miałem taką sytuacje podczas Przebudów w 2019 roku. Pojawili się w mojej przestrzenni nie pierwszy raz, ale tym razem miało to inny charakter, cztery istoty: Jan, Yavanna, Lucyfer i Sandalfon. Jan na początku pomagał mojej istocie podczas przebudów, ale kiedy zobaczył nowe zarysy światów i Wszechświatów (które i tak już od dawna istnieją), energii w gęstościach, bez hierarchii, z otwartym przepływem między jaźniami (ciałami subtelnymi), czyli wszystko to, co opisałem wiele lat wcześniej w dekrecie o Ekologii Osobistej, zrozumiał, że nie ma w nowym miejsca na zhierarchizowany Buddyzm czy systemy religijne, czyli na systemy pasożytnicze, z których czerpał energię. W tamtym momencie istoty te podleciały, żeby rozmawiać, chociaż w ukryciu trzymali własne armie fanatycznych zwolenników. Mimo to, tłumaczyłem, pokazywałem i kiedy czekałem na odpowiedzi lub merytoryczny sprzeciw, żadna z ich jaźni nie miała nic sensownego do powiedzenia. Kiedy mówiłem, że już czas otworzyć niższe światy na przepływ, gęstości – nie miało to znaczenia. Kiedy prosiłem, żeby sami otworzyli się na siłę „wyższą” od siebie – mówię tu o nadjaźniach – również twierdzili, że to nie potrzebne, sami pokażą rozwijającym się istotom, czym jest miłość, na czym polega rozwój. Tłumaczyłem Sandalfonowi to, że teraz wykorzystuje w tej sytuacji swoją pozycję duchową, ale wszystkie decyzje podejmuje Jan i Yavanna jako połówki. I że jeśli nadal będzie zaprzeczał i nie uwolni tych miliardów linek z serc i własnych zbiorów energii, skończy podobnie do mnie w przepracowywaniu tematu mesjasza, same zaś nadjaźnie i istoty wolne od tych wpływów, uwolnią bez pytania wszystkie te zasoby, bo taki jest czas. Pamiętam tamten moment, bo temat dotyczył pracy z duszą Jana. Przez trzydzieści minut (ale duchowo chyba trwało to o wiele dłużej) przeprowadziłem terapię na temat bólu i cierpienia, ponieważ sam miałem już doświadczenie w tym temacie. W pewnym momencie u Jana iskra świadomości, woli się otworzyła i pierwszy raz zobaczył, bo w głównej mierze o to chodziło, swoją bliską duszę, połówkę, bez wzorców walki, bólu, cierpienia i pozostawienia. Była to doniosła chwila. Nagle jego energie się otworzyły, zmieniły i wróciły pierwotne wibracje. W ciągu kilku chwil ta istota uwolniła przymus podtrzymywania dualnej równości: cierpienie – radość. Niestety tak, jak miało to już miejsce w przypadku mojej wcześniejszej pracy z tymi istotami, jakiś mechanizm zaczął zmieniać jego wibracje i przywracał do stanu widzenia i odbioru świata przez pryzmat bólu i cierpienia. I przyznał się, że bez tego świat dla niego nie ma znaczenia, bo musi istnieć ból, cierpienie, krzywda. Wtedy zadałem mu pytanie: „To czym różni się twoje uczucie (miłość), kiedy byłeś nieoceniający, wolny od krzywdy, odrzucenia, a teraz, w tym momencie, gdy wróciłeś do bólu i świadomego podtrzymywania jego wibracji?”. Nic nie odpowiedział. Chwilę później skierowałem się w stronę Lucyfera i mówię: „To teraz ty siadaj na krześle. Przypomnij sobie chwilę, w której poczułeś wibracje pierwotne i miłość, kiedy poszedłeś na dywanik ze swoją wyższą jaźnią”. Uciekł przerażony i tylko wykrzyczał: „Nie taki był plan i zaraz się skończysz!”. Kiedy skierowałem się w stronę Yavanny, zaraz uruchomiła się jej wyższa jaźń, że ona sama się tym zajmie, bo wie, co ma zrobić. Popatrzyłem tam wysoko, na łunę światła, jaką otoczyła duszę, i mówię: „Czy ty tak nie mówisz od kilku miesięcy i ciągle nic nie zmieniasz, rywalizujesz, zwalczasz to, co się teraz dzieje? Czemu ciągle okłamujesz siebie i innych?”. Kilka chwil później Jan wykrzyczał: „To wojna”, ale zanim to wykrzyczał, już było po wszystkim.

Szukałem długo źródła swojego zaangażowania w to wszystko i tego, że dałem się wciągnąć w nieswoje problemy, ale co ważniejsze, w zmianę kogoś innego i przekonywanie do czegoś nowego. Co gorsze, swoim zachowaniem podtrzymywałem cudzą, kłamliwą, kreację tego świata i wielu różnych systemów i wierzeń, bo zapomniałem o najważniejszym. Walka, przekonywanie, tłumaczenie zasila cudzą kreację i prawo tej kreacji. Trzeba się po prostu wycofać z danej kreacji i tłumaczeń. Moje to moje, cudze to obce.

Znalazłem jednak źródło w postaci bólu, który spowodował to złączenie. U Yavanny było to coś, co nazwałem „świadomością zatrzymaną w Mordorze” (Mordor, Władca Pierścieni). U Jana temat odrzucenia pierwotnego ze strony połówki i zrobienia wszystkiego, żeby ją odzyskać; zazdrość o mnie. Samo nasycenie energiami bólu, krzywdy miało dla niego jakieś uwznioślające wartości. U Sandalfona głównym motywem, ale też pułapką były wcielenia mesjanistyczne nie tylko w ciało Jezusa, ale na wielu innych planetach z motywem: ja się poświęcę, ja wezmę od ciebie, zdejmę. Jego dusza nie potrafiła zrezygnować z tego, co nazywamy przeinwestowaniem, czyli włożony wysiłek i poświęcenie w danym życiu musiało (i musi) przynieść rezultat w wymiarach duchowych. Uległ również temu, co przecież odwzorował w nim samym Biały – iluzje boskości. Również tutaj dochodziła wiara, że nie ma alternatyw w czarnych światach. Motywacje Lucyfera były dla mnie długo niejasne, ponieważ był zawsze pomiędzy białymi i czarnymi, angażował się we wszystko. Jednak główne motywacje polegały na tym, żeby człowiek (istnienie ogólnie) nigdy nie zaznał spokoju i zawsze był w jakimś konflikcie, np. ideologicznym, filozoficznym, duchowym, osobistym, fizycznym. Sama jego istota do dzisiejszego dnia nosi odcięcie serca od umysłu i wymyśliła przecież techniki zmrożenia uczuć.

Co jest zatem motywacją do podtrzymywania bólu i cierpienia, świata w chaosie, śmierci, religiach, hierarchiach? Oczywiście jest to własny ból, odrzucenie i z tego zrodzone cierpienie. Nie wiem, co dokładnie stało się w historii poszczególnych istot z „bandy dwunastu”, bo widać dotyka ona rzeszy istot na tej planecie. Ale to jest tak, jakby ból i cierpienie stanowiły składowe ich oraz światów, jakie kreują. Przecież Ziemia w tej, poprzedniej i przyszłej odsłonie jest czyjąś kreacją. Ale jeśli taka istota jak ja mogła zrozumieć, doświadczyć i odpuścić wszelkie rodzaje bólu, to każdy może i potrafi to zrobić. Nie wiem, czy doświadczenie śmierci, braku kontroli nad własnym ciałem są konieczne do odpuszczenia, bo nie życzyłbym najgorszemu wrogowi doświadczyć tego, co sam przeżyłem. I nie mówię o całym swoim życiu, wystarczy ostatnie siedem lat.

Przez wiele lat nauczyłem się pracować z duszami, widzieć i rozumieć ich zachowania. Długo nie potrafiłem zrozumieć tego, co teozofowie nazywali monadami z gęstości adi, czyli mówię o wyższych jaźniach, bo te kłamały i oszukiwały swoje własne dusze i wcielenia. Dopiero u Andrzeja Kluzy znalazłem opis niektórych wyższych jaźni oraz ich dusz, które on nazywa istotami z łuku zstępującego, czyli łuku, w którym nadal te istoty doświadczają upadku, są spolaryzowane, czarno-białe. W miejsce zdrowego dźwigania energii do góry, podnoszenia zasobów jest zatrzymanie, tworzenie odcięć między gęstościami i wymiarami, żeby broń Boże świadomość istot nie wzrosła poza ich własne ograniczenia. Jednak jest na to rozwiązanie.

Zakończenie

Piszę o tym wszystkim, bo rozmawiałem ostatnio z kilkoma znajomymi, z którymi dawno się nie widziałem. Ich twarze pokazywały trudy życia, zmęczenie, ciągle piętrzące się problemy. Część z nich straciła swoich bliskich, pracę, biznes, partnerzy odeszli. Wiele z ich historii jeżyło włosy na ręce i kiedy spoglądałem im głęboko w oczy, widziałem: ból, roztrzęsienie, smutek, rozpacz. Nie wchodziłem w rolę terapeuty i nie wyciągałem tego z nich – po prostu akceptowałem to, co jest. Także nie motywowałem, nie zmieniałem, zwyczajnie słuchałem, ale w nas wszystkich pojawiły się pytania: „Po co to wszystko?”, „Czemu to tak wygląda?”, „Dlaczego umieramy zanim zaczynamy żyć i rozumieć?”, „Dlaczego tak idealizuje się ból i cierpienie?”, „Dlaczego większość przez całe swoje życie pracuje nad sobą, żeby poczuć to, co jest zwyczajne, normalne, zdrowe?”, „Skąd tyle zawiści i walki?”, „Czemu jeden procent ludzi, który może i potrafi zrobić wiele, nie robi nic i jeszcze walczy z pozostałymi?”, „Czemu było nieme przyzwolenie, aby parę istot miało wpływ na miliardy?”, „Dlaczego ludziom i istotom tak trudno odpuścić władzę, sławę, kontrolę?”, „Dlaczego ludziom tak trudno odpuścić ból, cierpienie i krzywdę?”. Szukałem wyjaśnienia i wytłumaczenia. I kiedy spoglądałem w oczy różnych ludzi, zauważałem w nich emocje bólu, rozpaczy, żalu, smutku. Spoglądałem zaraz na ich ciała subtelne, czy coś tam szczególnego się dzieje, np. czy ciało urosło przez te emocje i doświadczenia, wydzieliło się z większej całości, ale jedyne, co dało się zaobserwować, to rozrost ciała bolesnego (i podświadomości). To jest troszkę tak, jakbyśmy globalnie, ale również duchowo pozwolili na wszczep nieprawidłowych prądów, zniekształceń, środków potrzebnych do życia, ale jednocześnie środków przeczących i zatruwających to życie fizyczne i społeczne. A później, kiedy widzimy tzw. normalność, zdrowie to różne mechanizmy wewnętrzne i zewnętrzne, blokują, zatrzymują, przekierowują. Dla mnie to jest właśnie przejaw zła. Zła, które zawładnęło wieloma ludźmi oraz ich duszami. Również efekt wpływu istot arymanicznych, dzieci Beliala oraz tego, do kogo ta planeta należała, do Metatrona (JHWE).

Dodatkowo często doświadczony ból (lub inne urazy) nieświadomie przenosimy na kolejne pokolenia lub na tych niżej w hierarchii. Wielu z nas nie potrafi przerwać tego łańcucha, wyjść z tego błędnego koła, ale przerwanie jest naszym świadomym powiedzeniem złu i złym: stop, nie idę razem z twoją kreacją, nie dokładam do ognia, bo jestem wolny, jestem niewinny, jestem pełny, jestem niezależny. Nie walczę. Nie tłumaczę. Nie zmieniam ciebie. Ty żyj swoim życiem, bo ja żyję swoim. Skupiam się na innych wibracjach. Skupiam się na sobie i swojej kreacji.

Chciałbym, abyś na sam koniec zastanowił się nad sobą, odpowiadając na pytania:

  1. Czy jest taka możliwość, że jako istota duchowa przyjąłeś ciało fizyczne w jakiś sposób zaburzone, zmienione? Jeśli tak: dlaczego, po co?
  2. Kto planował ci wcielenie? Jakiego rodzaju to były istoty? Co takiego zabrały i co mogły wsadzić swojego? Dlaczego je (ich) dopuściłeś do siebie?
  3. Czy nie masz w sobie kodu (pieczęci), że twój umysł musi być słabiej rozwinięty niż umysły tych, których system zaakceptował i namaścił jako przewodników, filozofów, naukowców systemu?
  4. Czy choroby w ciele, zaburzenia nie są wynikiem twojej zgody na osłabienie siebie, podtrzymanie niskiego wizerunku własnego, poddania się?
  5. Czy dusza wierzyła przed wcieleniem lub nadal wierzy, że ból i cierpienie rozwinie ją, coś odkupi, zbawi, przerobi?
  6. Jakie możesz mieć kody i pieczęcie ograniczające w sobie lub na ciałach subtelnych dotyczące: zdrowia, siły, witalności, przebojowości?
  7. Co by się stało, gdybyś miał przez całe życie silne, witalne, zdrowe ciało? Jakbyś mógł to osiągnąć?
  8. Ile kwantów energii bólu i cierpienia wygenerowałeś podczas swojego życia? Poszukaj, gdzie są te energie, w czym, u kogo. Jeśli znajdziesz, spróbuj zobaczyć lub poczuć, kto i w jaki sposób je wykorzystał, zmaterializował.

Dedykuję artykuł śp. Leszkowi Żądło

Nikodem Marszałek

maj 2021

You may also like