Definicja słowa nienawiść brzmi: „Nienawiść – bardzo silne uczucie niechęci wobec kogoś lub czegoś, często połączone z pragnieniem, by obiekt nienawiści spotkało coś złego. Nienawiść bywa przeciwstawiana miłości i opisywana jako męczące uczucie, następujące w wyniku bólu związanego z uczuciem zranienia, zemsty, wrogości i oszukania. Nienawiść przybiera czasem postać obsesyjną: chęć zemsty jest tak silna, iż osoba nią zawładnięta nie jest w stanie przestać o niej myśleć; wówczas nienawiść jest głównym motywem jej działań i bardzo silnym bodźcem wpływającym na percepcję rzeczywistości.”1
Dałeś i co wróciło?
Z tematem nienawiści wobec mojej osoby i tego, co robię, spotykam się już ponad trzydzieści lat. I muszę powiedzieć, że z czasem przybiera to działanie coraz intensywniejsze spektrum. Na początku nie odróżniałem nienawiści od zwykłego „hejtu”, od zazdrości podszytej ludzkimi emocjami: gniewem, żalem, frustracją wynikającą z porównań czy rywalizacji ze mną.
Tylko im bardziej rosły moje umiejętności, sposoby pracy z ludzkimi — ale też duchowymi — problemami i wyzwaniami, tym bardziej ta nienawiść rosła. W pewnym momencie urosła do takich rozmiarów, że wokół naszego Układu Słonecznego powstał całkiem niemały astral, który dosłownie zawierał w sobie nienawiść skierowaną wobec mnie, moich bliskich i tego, co robię, co przekazuję ludziom i światu. Skierowana była też w uwolnienia, które dotyczyły całej przestrzeni duchowej, a czasem wykraczały poza nią — sięgając dusz i monad.
Dlatego przez długie lata nie było mojego wizerunku. Nie ma mnie w telewizji, nie ma na YouTubie, nie ma podcastów, nie ma wywiadów. Od czasu do czasu opublikuję sesję albo artykuł, ale w ostatnich pięciu miesiącach nawet to było trudne, bo brakowało mi czasu i siły. Wszystko poszło na wydarzenia, które wymykają się opisowi i nawet relacjonowaniu — konfrontacje z pierwotnymi złymi: Szatanem, Lucyferem, Baalem, a jeszcze wcześniej, lata temu, uwolnienia związane z Arymanem, o których Steiner mówił, że nadejdą. Do tego całkowite uwolnienie piekieł z naszego Uniwersum, wszystkich pięciu gęstości — wielu pewnie poczuło brak „zasilania pod nogami”. Masowe starcia z białymi, ciemnymi, próby nadpisania zmian, tworzenie nowych rad, nowych systemów ograniczeń. I to wszystko dotyczyło części subtelnych, dusz i nawet monad.
A co dopiero mówić o ziemskim podwórku, gdzie każdego dnia ludzie toną w negatywnych informacjach, które zmiatają psychikę z powierzchni. Jak mózg ma sobie z tym poradzić? Albo się temu podda — i zrobi się zombi — albo zacznie filtrować. Jak nie przefiltruje, przychodzi depresja albo wyłączenie ciała.
A do tego wszystkiego — nienawiść personalna. Osobiste jazdy, rywalizacje, porównania. Jakby mało było zła. Mało wojen. Mało karmy osobistej i państwowej. Mało bólu, mało cierpienia. Jeszcze trzeba dojebać, zabrać, zniszczyć — bez sumienia, bez empatii. W imię czego?
Jakich potrzeb?
Jakich braków?
Co ta nienawiść daje tym ludziom?
Co ci daje nienawiść do kogoś, kogo nawet nie znasz?
Co ci daje życzenie mu śmierci, porażki, choroby?
Co to ma uleczyć w tobie?
Gdzie tu jest oddech?
Gdzie ulga?
Gdzie sens?
Jaką dziurę w sobie próbujesz wtedy zakleić? Co sobie opowiadasz w głowie, żeby uzasadnić, że to ma sens?
Bo prawda jest prosta: ta nienawiść nie wypełnia niczego. Ona tylko ujawnia, jak głęboka jest pustka. I ilu ludzi próbuje wypełnić ją cudzym kosztem.
My, czyli kto?
Pamiętam jedno z największych duchowych uwolnień w moim życiu. Zaangażowane były najstarsze istoty z naszego Uniwersum i tych poza nim – wielcy Opiekunowie. W procesie uwolnienia, ale też dosłownej walki, jeden z nich powiedział: „Świetnie sobie poradziłeś. Świetnie wykorzystałeś nasze energie”. Odpowiedziałem: „Twoje energie i umiejętności”. A on tylko odparł: „Nie rozumiesz przez świat, w którym żyjesz. To twoje, to my, to wszystko MY”.
I o to w tym chodzi: żyjemy w świecie tak odseparowanym, że nie widzimy. A jak nie widzimy — to też nie czujemy. Nie rozumiemy. To świat rezonujący samotnością, odcięciem, separacją. Widzimy tylko swoje JA, swój dom, swoją rodzinę. Reszta to tło. Czasem marne i przyziemne. A przecież nawet „domy osobiste” często nie dają żadnego oparcia: rodzice czy ród pełnią funkcję strażników, przychodzą z misją wobec nas, niosą traumy, deficyty, szydzenie, odrzucenie. Więc schodzimy do świata podzielonego — i od pierwszego dnia jesteśmy dzieleni dalej. W środku.
Nie mamy w sobie odczucia „MY”. Jesteśmy podzieleni na rasy, narody, religie. Na czym tu budować tożsamość, skoro od góry do dołu jedziemy na paradygmacie „dziel i rządź”?
Naprawdę aż tak zacofani jesteśmy, żeby stawiać jedną rasę nad inną? Jeden naród nad inny? Bo jakiś aniołek z dużymi skrzydłami tak powiedział? Bo ktoś dostał channeling i uznał go za absolut? Naprawdę wierzymy, że są ludzie „nad” i „pod”? Co to daje?
Carl Gustav Jung powiedział: „Psychologicznie rzecz biorąc, ludzkość w gruncie rzeczy znajduje się jeszcze ciągle w okresie dzieciństwa”. I miał rację, ale od czasu, gdy to powiedział, nie zrobiło się lepiej — jest gorzej. Postępująca separacja. Nienawiść. Atakowanie personalne, pastwienie się, podział, śmierć. Tworzenie prawa, które zezwala na śmierć, tak jakby prawo ludzkie stawało się prawem boskim. I wtedy nie ma karmy, bo ziemskie zrównało się z duchowym? Bo człowiek przestał być człowiekiem? Jak ludzie to sobie tłumaczą?
Bo prędzej czy później — nie przyjdzie archanioł, ale przyjdzie namiestnik z heroldem. I popatrzą, co robiłeś. Popatrzą, jakie odbicie wody wytwarzałeś dla innych. Bo wolną wolę mają wszyscy, ale najmniej mają jej ci, którzy rządzą masami. Nowe to jest dla Ciebie – na razie.
Ludzkość nie rozumie — ale została też pozostawiona przez tych, których nazywam „upadłymi bogami”. Ludzkość nosi w sobie ich cień. Ich podświadomość zbiorową. I widzimy efekty ich nauk, ich wojen, schizm, systemów. Nic dobrego z tego nie wynikło i nie wyniknie, dopóki starsze istoty — te same, które miały być „światłem” — są skażone, uzależnione od władzy, od pozycji. Mimo że nie ma już tych istot w żadnej formie — mówię o Sandalfonie, Lucyferze, Szatanie, Metatronie — posprzątać po nich to misja bez końca. Ich wpływ nie zniknął, bo zostawili po sobie całe systemy, odbicia i mechanizmy. A takich planet są miliardy. Ich dusze oraz monady, zmieniały tylko imiona i dekoracje. Schemat był zawsze ten sam.
A człowiek? Człowiek kumuluje przywary świata, zbiera zasoby subtelne, podlega hierarchiom fizycznym i duchowym. Pielęgnuje traumy, które rodzice w nim obudzili. Potem system go dzieli jeszcze bardziej. I człowiek w tym wszystkim próbuje przeżyć, ugrać coś na drabinie dominacji, przejść dzień za dniem. Ale tyle jest nacisków wewnętrznych i zewnętrznych, że człowiek pęka.
I wygląda to tak, jakby ludzkość — zalana informacją i bodźcami — zamieniała się w coś nowego: zombi albo coś nieokreślonego, co może jeszcze się zrodzi, jeśli przetrwa. Większość się nie rozwija — tylko betonuje swoje postawy. Bo to jedyny sposób, żeby nie zwariować.
A energia… energia chce wyjść z tego betonu. Więc człowiek „upuści”, gdzie może. W internecie — oceniając, wyzywając, niszcząc innych. W relacjach — na słabszych, młodszych, podległych. Ale to nie przynosi ulgi.
Skoro nie ulga — to szuka większego celu. Zawsze jest ktoś „czystszy”, „bielszy”, idealny na ofiarę, żeby można było wejść w rolę drapieżnika. I znowu — nic to nie daje.
Nie wiem, czemu ten świat tak automatycznie wprowadza człowieka w mechanizm niszczenia, zamiast do drugiego człowieka. Zamiast do rozmowy, wypowiedzenia bólu, wyrzucenia go w cieple i bezpieczeństwie relacji. Ale nie ma bezpieczeństwa. Wszyscy mają maski. Wszyscy pouczają. Więc znowu: ocena, atak, obrona.
I tak się kręci świat oddzielony od MY.
Świat, który widzi tylko JA — nawet gdy już pęka.
Fizyczne zderzenia z nienawiścią
Po wydaniu swoich dwóch pierwszych książek motywacyjnych w 2007 roku nie mogłem zrozumieć zazdrości, nienawiści i hejtu wobec mojej osoby. Przecież nikt z tych ludzi mnie nie znał. A jednak — samo to, że istniałem i coś robiłem — wystarczyło. Zaraz później, kiedy trafiłem do nowego środowiska duchowego, obrywałem jeszcze bardziej. Pisałem pierwsze artykuły o duszy, o rodzajach dusz. Jako pierwszy na świecie opisałem różnicę między częścią subtelną a duszą. Później pisałem o systemie karmy i podważyłem cały sens „oświecenia”. Jeszcze później pokazałem praktyczną pracę z monadą — fundament metody międzyjaźniowej. Im dalej szedłem, tym większą furię wywoływałem. Nienawiść rosła do granic, a potem te granice pękły.
Ludzie, którzy mówili o miłości i pomaganiu innym — ich części subtelne i dusze robiły swoje. Ataki, manipulacje, podważanie faktów, bombardowanie — dosłownie i w przenośni. W dodatku ja nigdzie się nie rozpychałem. Mała strona, normalny ruch, żadnych wielkich zasięgów. A oni — zasięgi gigantyczne, całe środowiska. I ciągle pytanie: „Co was obchodzi to, co ja robię? Skoro mnie nie obchodzi to, co robicie wy?”. Odpowiedź zawsze ta sama: „Bo pokazujesz nas w złym świetle”.
A ja mówiłem: „Moja praca pokazuje cokolwiek w was? Jeśli tak, to znaczy, że pojawiło się światło, które odsłoniło wasz cień. To nie ja wam go zrobiłem”. Ale taka rozmowa nic nie zmieniała. We mnie tylko zgasła potrzeba tłumaczenia komukolwiek, kto zamiast się uczyć — woli nauczać. Pisałem już w Echo Chamber: nie wolno zejść z drogi dziecka, które bada, podważa, uczy się, zmienia. Dlatego jestem tu, gdzie jestem. I dlatego nie wklejam wielu uwolnień — dla osób nieprzygotowanych to kompletna abstrakcja, a dla uczestnika działanie natychmiastowe. Ważne jest to, co dla tych, którzy są blisko i realnie pracują. Nie to, co publiczne. Im mniej ktoś wie — czasem tym lepiej dla niego.
Pamiętam przykład książki sprzed wielu lat. Kilka dni po premierze pojawiła się fala negatywnych opinii. Napisałem do dwóch serwisów, które je dopuściły: „To jest intelektualna nienawiść, mowa nienawiści ubrana w pseudo-logiczne wywody”. Nie chcieli tego zdjąć. Pokazałem więc datę publikacji i datę sprzedaży. Książkę kupiło wtedy piętnaście osób — znałem je wszystkie od ponad dziesięciu lat. Powiedziałem: „Ten człowiek nawet nie kupił książki. Nie zna treści. Przeczytał spis treści i parę darmowych artykułów — i ocenił.”
Opinie zawsze mówią o oceniającym. To odsłania każde zaburzenie.
Właściciele nic nie zrobili, a wokół mnie nie znalazł się nikt, kto napisałby choć jedną pozytywną opinię. To mnie zawsze zastanawiało — bo wystarczy jeden obcy random i ludzie mu wierzą. Bo tak działa mózg — psychologia tłumu, wygodniejsze jest powielić cudzą ocenę niż samemu przeczytać, zbadać, przemyśleć.
W tym wszystkim najbardziej zdziwił mnie ładunek energetyczny tego wpisu. Energia była ogromna — gęsta, nasycona nienawiścią. Atakowała głowę i czakram trzeciego oka. Kto czuje energie słów, od razu to widzi. Większość nie czuje — i przyjmuje to jak fakt. Zacząłem szukać, skąd to idzie. I znalazłem podpięcia do gigantycznych zbiorów złości, frustracji i nienawiści. Pomyślałem: „To są siły, z którymi się zmagam. Wysyłają ludzkie drony. Opętanych. Zostawiają ślady, maskują, kłamią.” Zbiory uwolniłem. Ale odpuściłem wchodzenie w takie pułapki. To tylko daje uwagę tym, którzy jej szukają. A pracy — tej wewnętrznej i zewnętrznej — jest tak dużo, że szkoda mi czasu. I to dotyka nie tylko mnie. Takich pułapek doświadcza tysiące ludzi na całym świecie: artyści, naukowcy, pisarze, twórcy, muzycy, youtuberzy. Jedyna sensowna odpowiedź: robić swoje najlepiej, jak się potrafi, i nie zasilać tych ludzi. Bo negatywizm wciąga negatywizm. Obiekcja wciąga obiekcję. Zamiast sprawdzić, kupić, zbadać — większość szuka racjonalnej wymówki, żeby niczego nie zrobić. Do tego działają jeszcze osobiści strażnicy — i mamy zaklęte koło.
Zewnętrzne ataki to zawsze wewnętrzne problemy
Ostatnio uruchomiła się jedna z istot, znana z tego, że to ona spisała Apokalipsę i projektowała ją na ludzkość. Zaczęła nasyłać na mnie inne istoty: opętane, w transie, w totalnej hipnozie. Ich misja była prosta: rozszczepić moje ciała subtelne, dosłownie zabić. Kiedy zapytałem jedyną świadomą część tej istoty – bo przez lata został pozbawiony duszy i monady, a jego Nadjaźń przeniesiono do innego Uniwersum – usłyszałem tylko podświadomy głos, echo przeszłości: „zabrałeś, zabrałeś, zabrałeś”.
To człowiek, stary, ale wciąż żyjący. Projektuje swoją część subtelną i ciągle ją klonuje, z tą samą myślą, tym samym echowym programem. Nie widzi niczego nowego, bo nie chce widzieć. Bo dla niego świat duchowy musi mieć białych i ciemnych, podział, konflikt, hierarchię – wtedy zna swoje miejsce. Dla niego inni nie istnieją, może tylko mówić, że istnieją. W środku liczy się tylko on sam i jego potrzeby: kontroli, władzy, bycia „na swoim”. Istota, która straciła tożsamość i kontakt z rzeczywistością, ale dalej robi to samo: szuka wroga na zewnątrz. To łatwiejsze niż spojrzenie w lustro.
W moim odczuciu nienawiść jest większą chorobą niż pycha czy duma. Te ostatnie jeszcze starają się utrzymać jakiś wizerunek. Nienawiść to paliwo dla działań, które nie są ani poczytalne, ani potrzebne. „Hejt” to tylko powierzchnia – ujście dla frustracji. Bo najtrudniejsze jest spojrzeć na siebie ze spokojem, a nie złością: że coś nam nie wyszło, że życie przycisnęło, że jesteśmy samotni, niewidoczni, zranieni. To wcale nie jest łatwe. Ale nienawiść nie przyniesie przyjaciół. Trzeba siebie przyjąć w tym, co jest – w tej niemocy, krzywdzie, napięciu – inaczej zostaje tylko twarz drapieżnika i szukanie ulgi kosztem innych.
Niektórzy świadomie wybierają tę rolę. Chcą być w pozycji, która produkuje złość, presję, odrzucenie, bo to daje im „paliwo”. To już inna para kaloszy. Ale proszę: wróć do siebie. Jeśli ja mogłem poradzić sobie z odrzuceniem, niezrozumieniem, z tym, jak moja praca – i klasyczna, i duchowa – wyłamała się ze wszystkich schematów białych i ciemnych, z całego lucyferyzmu duchowości i pułapek ram intelektualnych oraz akademickich… to może i dla ciebie jest miejsce. Z tym, co przechodzisz, z tym, co zrobiłeś, z tym, za czym biegasz i czego szukasz.
Wiedz w sobie, kim jesteś i co naprawdę wnosisz. Wtedy świat kiwnie głową i powie: „dziękuję”. Może właśnie tego ci brakuje – jak Janowi. Dziękujemy za to, co zrobiłeś. Ale teraz możesz już odpocząć, zająć się nowym i rozwijać swoją istotę. Ta forma czeka na ciebie.
Każdy atak — słowny, osobisty, emocjonalny, duchowy, energetyczny — jest próbą wyładowania własnych myśli, intencji, wzorców, podświadomych frustracji. To także próba zmuszenia kogoś do czegoś. Innymi słowy: brak zgody na to, co jest, i brak kontaktu z rzeczywistością. Próba kontroli i projekcji osobistej. Jeśli ktoś dodatkowo potrzebuje innych, żeby realizować swoje cele lub prowadzić ataki, to też mówi wiele o tej istocie — o jej niemocy i głębokiej frustracji.
Jeśli tracimy czas na szukanie dziury, na niszczenie cudzych żyć, to co tak naprawdę robimy? W imię ideologii? Fanatyzmu? Religii? Innego sposobu bycia, przejawiania, wiary? Budujemy czy niszczymy? A może mamy przekonanie, że czegoś bronimy? Tylko co w nas takiego poczuło się zlęknione, złamane, zostawione, bezbronne? Jak możesz pouczać innych i ich zmieniać, jeśli sam siebie nie rozumiesz i nie znasz? Pierwotne instynkty i lęki przejęły kontrolę, bo się nie rozwijasz i nie pracujesz nad sobą, tylko nad wszystkim dookoła ciebie? To w tobie jest moc, czy w innych?
Może zamiast próbować zmieniać świat atakiem, nienawiścią, wystarczy wejść w ranę osobistą, psychiczną, emocjonalną i po prostu ją przyjąć. Powiedzieć sobie: „Nie muszę atakować innych, żeby mieć prawo do życia i rozwoju. Nie muszę nikogo niszczyć psychicznie, intelektualnie czy emocjonalnie, żeby czuć wartość w sobie. To, co mnie do tego zmusza, to moja rana, moje wewnętrzne dziecko, moja krzywda. Przyjmuję to, bo od siebie zaczynam. Siebie leczę. Siebie domykam. Sobie daję”.
I wtedy świat przestaje być przeciwnikiem. Nie potrzebujesz już innych, żeby czuć się wartościowym, mieć swoje miejsce i czuć się bezpiecznie — nawet jeśli inni czy świat są „na nie”.
Zakończenie
Nawet jeśli chciałbyś przywalić: intelektualnie, zgnieść, wyrzucić, wykrzyczeć, a nawet uderzyć – zrób to, ale przed lustrem. Powiedz wszystko, dokładnie tak, jak ci siedzi. A potem zapytaj siebie: „Jak bym się czuł, gdyby to ja był odbiorcą tego, co przed chwilą zrobiłem przed lustrem?”. Nie kombinuj, odpowiedz szczerze.
Kolejny krok — znajdź przyjaciela albo kogoś całkiem neutralnego wobec ciebie. Wyrzuć z siebie to, co siedzi: poczucie niemocy, żal, lęki, rozczarowania, gniew. Nie chodzi o to, żeby przerzucać odpowiedzialność, tylko żeby nie dusić w sobie.
Potem zacznij pisać listy. Wylej w nich wszystko, co cię męczy, dręczy, co wraca obsesyjnie, co trzyma cię w środku za gardło. Napisz — i spal. W ten sam dzień napisz kolejny. Znowu spal. Rób tak kilka dni z rzędu. Pod każdym listem dopisz jedno zdanie: „Wybaczam sobie i akceptuję siebie”.
Po tych etapach popatrz na drugiego człowieka — i na siebie. Czy naprawdę widzisz to samo, co wcześniej? Czy to była jego wina, czy twoja projekcja, przeniesienie, odbicie własnej rany?
Dalej masz potrzebę atakować, dominować, zmuszać? Czy jednak poczułeś ulgę, odpuszczenie, trochę więcej przestrzeni w sobie?
Złość jest sygnałem – zrozumiałym. Ale nienawiść to już stan długo pielęgnowany. Ona zużywa najbardziej. Na smutek jest czas. Na żal jest czas. Na radość jest czas. Ale nienawiść wpływa na ducha i na duszę – tak mocno, że przestajemy być czującymi istotami. Zaczynamy działać jak wygłodniałe wzorce: siejące zimny podmuch i grozę tam, gdzie jeszcze niedawno padało światło i deszcz, który pozwalał wzrastać temu, co chciało wzrosnąć.
Przed lustrem zawsze widać prawdę. A prawda nie bije – ona uwalnia.
Nikodem Marszałek
listopad, 2025 r
1 Za Wiki, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nienawi%C5%9B%C4%87 [dost. z dnia 17.11.2025r]
