Home Białe i czarne - poza dualizmem Pułapka winy i odrabiania

Pułapka winy i odrabiania

by admin

Poprzednia część – tu.

Wyszedł dodatkowy kod: „Zrozumiem siebie i rozwinę się tylko przez doświadczanie tego, co uczyniłam innym istotom, dlatego muszę odrabiać ich karmę oraz swoją wobec nich.”. Odpowiedzialność w wielu różnych definicjach oznacza również obowiązek. Widzę przyczynę i skutek, odpowiadam za siebie, mam obowiązek wobec siebie, za siebie odpowiadam przed sobą samą? Rozwiń to proszę, brakuje mi zrozumienia jakiegoś.

Brakuje zrozumienia, bo to jest bełkot, pułapka myślowa, esencja białych wzorców i postaw. Takie kody płyną właśnie z samsary, „matrixa”. Dusze się łapią na to (czytaj: biorą do serduszka te wdrukowane mądrości upadłych bogów i ich opisów rzeczywistości), ponieważ wierzą że poczucie winy jest silniejsze i ważniejsze niż miłość, akceptacja i samowybaczenie lub składnikiem miłości jest skrucha i poczucie winy. To również jest przez myślenie, że jakaś istota z zewnątrz musi dać rozgrzeszenie, a już najgorsze to myślenie, że wydarzenie zewnętrzne zmieni cokolwiek w nas samych. To przypomina raczej mantrę, rytuał, czyli wpływ gadziego mózgu. Rytuał nie oczyszcza tylko programuje w to samo.

Odpowiem jeszcze raz na to, ale inaczej.

Cytuję siebie: „Miłość cierpiąca, postawa współuczestniczenia w cierpieniu, własne poświęcenie, postawy bodhisattwów i krzyża jezusowego to idealistyczne, uszlachetniane wartości. Są to jednak białe postawy, które wciąż aktywne w nas, podświadomości zbiorowej, przekręcają odbiór miłości i odgradzają od niej.

Białe filozofie i wzorce dotyczące miłości, na którą trzeba sobie zasłużyć, być jej godnym, zapracować na nią, najlepiej przez rezygnacje z woli z własnej woli, poświecenie, znój, przyjmowanie ostatecznie postaw męczeńskich, nadstawiania piersi, miały pokazać lub nauczyć, że miłość jest za coś, w odpowiedzi na coś i ona nie jest po prostu od tak. Takie postawy nie miały nic wspólnego z miłością, ale z ideologią miłości białej, cierpiącej prowadzącej do zbijania pychy u wielu istot, z programowaniem istot do tego, że na wybaczenie i akceptację trzeba sobie zapracować, a na miłość zasłużyć. Ale nie musimy się poświęcać ani nadstawiać policzka czy piersi, karmić cudzymi emocjami, byle tylko ulżyć sobie, komuś, byle zasłużyć na coś lepszego – jak bodhisattwowie – byle być jak Jezus. Te białe wzorce (biały prąd) wplecione w amplitudę naszej planety, nas samych, naszego myślenia, oddziałujące na nas każdego dnia, wmówiły nam, że tak trzeba, przecież jest za to nagroda – wybranie. Nawet jeśli nie jesteśmy religijni, czy wierzący, to i tak oddziaływanie miliardów zostawiło mocny ślad w podświadomości zbiorowej, fali życia i postrzegania miłości (czy raczej wyłączenia tej wiązki energii z obiegu ziemskiego, zastępując ją miłością białą, cierpiącą, współuczestniczącą w cierpieniu oraz programami tego, jak trzeba żyć w społeczeństwie i co robić, by być zaakceptowanym, by nosić miano człowieka).

Biorąc cudze brzemię na siebie, zabijamy tego kogoś od środka, odgradzamy go od miłości. A miłość nie tworzy zaślepienia i go nie podtrzymuje – pozwala widzieć różnicę między daniem czegoś bezinteresownie – bo tak czujemy, bo tak chcemy – od dawania czegoś, bo musimy, bo taki jest nakaz społeczny, rodzinny, hierarchiczny, karmiczny. Miłość pozwala nie przyjmować cudzych emocji i osądów w siebie, bo nie czujemy się źle ze sobą, a także nie myślimy, że biorąc cudze emocje, współodczuwając kochamy i w ten sposób zasługujemy na miłość, a gdy odmawiamy tego, odrzucamy cudze, to nie ma dla nas miłości ani bliskości. Miłość nie jest zasadą: albo – albo.

Wcześniej ulegaliśmy manipulacji, grom, gierkom, szantażom emocjonalnym, próbowano nas w ten sposób zmusić do czegoś, do zrezygnowania, poddania, uległości; ale jeśli miłość nie gra ani nie odgrywa – po prostu sobie jest i nam pozwala być – to my pozwalamy tej złości, tej krzywdzie, tym żalom w kimś po prostu istnieć. Trudno jest pozwolić sobie po prostu być i czuć się dobrze, bez poczucia winy, jeśli ktoś nam bliski czuje się źle; jeszcze trudniej, kiedy nam coś zarzucono lub o coś oskarżono albo czujemy się współodpowiedzialni. Wtedy znowu wracamy do miłości własnej: przecież kochasz siebie i z pewnością chcesz też najlepszego dla drugiej istoty, dlatego nie schodzisz do jej bólu, winy, żalu, umysłu, argumentów, oskarżeń, a pozwalasz jej zbliżyć się do miłości, zrozumienia, do siebie. Chyba, że jakaś część ciebie ciągnie w dół: do bólu, winy, kłótni, pomówień, rywalizacji – wówczas projektujesz te emocje na innych, bo tylko te niskie stany są dla ciebie poczuciem sprawiedliwości, ulgi lub zadośćuczynienia. Ale uruchamiając projekcję swoich emocji, win, karmy na innych lub łącząc swoje serca ze stanami psychicznymi innych, zmieniasz ciężar i środek – już nie jedna, a dwie istoty są zatopione w polu krzywdy, winy i nikt już nie jest w miłości. Musisz wrócić do siebie, nie schodzić po tych schodach do cudzych piekiełek, bo ktoś kiedyś obiecał za to marchewkę, zbawienie, lepsze jutro, bo to dawało poklask społeczny, aprobatę bliskich. Nie, tak zamykasz się w odwiecznym kręgu winy i kary, góry i dołu, kata i ofiary, męczennika i mesjasza, zasługiwania na miłość i sztucznego uciszania sumienia; tak znowu robisz coś, zamiast być i czuć”.

Joanna: Cała głowa i serce mi pracują. Kanał się porusza. Po przeczytaniu więcej radości w sercu się zrobiło, ale nagle zobaczyłem złotą twarz w oddali.

Nikodem: Patrzą, co robisz.

Joanna: Głowa mnie boli. I chyba wychodzą tatuaże na skroniach, inicjacje mnisie.

Nikodem: Wiesz, co z nimi robić. Do zwolnienia inicjacje mnisie, oświeceniowe, buddyjskie; do zdjęcia energie chrystusowe, a także śluby lojalności wobec istot bawiących się w boga, bogów, bóstwa, oświeconych, proroków, przewodników, praojców, pramatki: Białego, Jana, Buddę, Sandalfona (Jezusa), Yavanny (Tomasza), Lucyfera, Osho, Ojca Pio, czyli też wielu mistyków buddyjskich i chrześcijańskich. Zastanowić się: co mnie łączy z danym archaniołem (istotą), co dostałam od niego, do czego się zobowiązałam itd.? Bez zwolnienia inicjacji umysł nadal będzie odnosił się do podświadomych przekonań, wyuczonych przez milenia i do wzorców odziedziczonych po przodkach. A tu blisko do zamknięcia się w bańce bez dopuszczenia i widzenia alternatyw. Mój tekst „O miłości, współwinie i odpowiedzialności” rozbija intelektualne zaskorupienie, ale to płynęło już od mojej wj, kiedy ta pokazywała innym nowe wartości, wolne od białej ideologii, ale także wolne od lucyferyzmu.

Joanna: Po zwolnieniu czuję, jakby zostały rany po inicjacjach, takie wpustki, dziury w ciele, ciałach, rdzeniu.

Nikodem: Tak. Wystarczy popatrzeć na mistrzów od teozofów (choćby tu). Oni byli pod wpływem Białego Bractwa, czyli Jana, białych mistrzów, ale także Lucyfera, tylko że białe energie, białe wartości w jakiś sposób chroniły ich przed Lucyferem. Nie oto jednak chodzi. Wskazuję na mistrzów od teozofów dlatego, że kiedy patrzy się na nich, widać obciążenia, czarne energie, które owinięte zostały z zewnątrz białymi inicjacjami, u niektórych biało-zimnymi całunami. Kiedy teraz wycofujesz to wszystko z siebie, te wartości, rozumiesz, na czym polegają białe wzorce, pokazuje się to, z czym tak naprawdę przyszłaś do tych mistrzów.

Joanna: Muszę na to miejsce zaprosić własne energie, zaleczyć to sobą.

Nikodem: Nic nie zapraszasz. Tylko akceptujesz w sobie siebie, która się nie odrzuca, nie robi miejsca na cudze postawy, energie, myśli, wizje, karmę, emocje. Ma być więcej CIEBIE W TOBIE. Na białej drodze, ale też oczywiście czarnej drodze podkręconego intelektu i możliwości ciała odrzucasz siebie, krytykujesz, umniejszasz sobie, jesteś ciągle niezadowolona z siebie i tego, co osiągasz, co masz – to są piekła! Nauczyliśmy się karać i odrzucać siebie, porównywać czy choćby rywalizować z innymi, bo to dawało nam cel, wzór, motywację, było sposobem na samodoskonalenie. A miłość do siebie wymaga czego innego. A nawet nie wymaga – postawy głębokiej akceptacji siebie są oparte o inne filary, mają inne fundamenty. Chodzi o zrozumienie siebie, a nie tego, co wkładają ci do głowy starsze istoty, bo one mają swoją karmę, obciążenia, systemy, projekcje, fantazje, cele, zyski. Jak sobie jeszcze pomyślisz o samej podświadomości, która razem z archetypami tworzy wzory odciskające, o atomie permanentnym i o stawianiu ciała na często chwiejnych postawach przodków, bo do tego zmuszała cię domniemana karma, przewodnik, to dojdziesz do wniosku, że mało jest nas w nas. Dopiero przez pracę nad sobą, rozwój, samodoskonalenie przebijamy się przez te schematy, wdruki reakcyjne.

Joanna: Czyli mam zrezygnować ze słuchania i ulegania temu, co mówią do mnie starsi, co mi channelingują, do czego przekonują, np. do budowy ich światów, spełniania ich wizji. Mam pełne prawo do siebie, do bycia w opozycji do ich myśli? Mogę wybrać swoje, nowe, własne?

Nikodem: Możesz słuchać, wyciągać wnioski, porównywać, ale nie zachowywać się jak małe dziecko wobec tego, co napisał, przepowiedział, założył, wyrzekł jeden z drugim tylko dlatego, że świat, społeczność, uczniowie, historia nazywają go mistrzem, jest podobno oświeconym, jest z natury duchowej archaniołem i dodaj sobie pagony, wstążki, insygnia, energie bóstwa, jakie dana istota może mieć na sobie lub w sobie. Nie klękaj przed siłą duchową, intelektem, silniejszą wolą, mocami, wiekiem, nie klękaj przed nikim, tylko zacznij myśleć i uczyć się tego, co pochodzi od ciebie, a co ze świata, co jest ci bliskie, a co odległe, co potrzebujesz teraz, a co może przydać się później, co ci schodzi do głowy i od kogo to pochodzi.

Tu trzeba pójść dalej. Chodzi o odłączenie swoich energii, ciał subtelnych, umysłu, serca od zbiorowości umysłowej, białej, zbiorowości roju, kolektywu. Musi to zrobić każda twoja część i ciało. Trzeba także odłączyć się od zbiorowości emocjonalnej, oświeceniowej.

Joanna: Wycofać także swoje cząstki serca, umysłu od ciał różnych białych mistrzów i tych, których wymieniłeś wcześniej.

Nikodem: Od czarnych mistrzów także, od każdego. Twoje ma być w tobie.

Joanna: Bo w ten sposób wróci do mnie decyzyjność, a także moje odczucia, wibracje, czucie własnego serca.

Nikodem: Tak, serca, które zostało ocenione, zdeprawowane, wydarte, zdeptane, niekochane, odrzucone, zasymilowane. Tak nic nie będzie cię przyduszać, zduszać, grać roli twojego sumienia. Ci starsi powielają swoje energie, swoją świadomość i wkładają je przez inicjacje w czakry istot, ludzi, bliskich. Potem myślisz inaczej, wychodzisz z danej ramy, schematu i nagle coś zaczyna uwierać, zatrzymywać. Patrzysz w ciała, w czakry, w głowę i widzisz, że trzeba chyba coś wyciągnąć, jakąś dziwną maź, siatkę, energię, która nie jest twoja. Serce, ciało ma być wolne od energii innych istot.

Joanna: Serca wolne od nakazu, zakazu, cząstek białych, cząstek czarnych, bycia potępionym, gorszym.

Nikodem: Taka najważniejsza myśl. Powiedz sobie głośno: „Moje serce jest wolne od brania i prania cudzych brudów, bycia współuczestniczącym w bólu i cierpieniu innych istot, którym spowodowałam ból i cierpienie, którym zadałam śmierć. Pozwalam rozpuścić się tym kodom, wzorcom we mnie, w moim sercu, rdzeniu. Rozumiem, że moje serce samo siebie nie podważa, nie niszczy i nie deprecjonuje, ono sobie może być w miłości, pomimo tego, co ja sobie myślę lub co myślą o mnie i o moich czynach inni”. Rozumiesz to ostatnie?

Joanna: Tak, moje serce – ono działa bez ocen i osądów.

Nikodem: Umysł pewnie tak, ale z sercem różnie bywa. Inaczej. Czujesz to, co napisałem?

Joanna: Rozumiem, ale w odczuciach nie.

Nikodem: Przeczytaj jeszcze raz.

Joanna: OK. Ślubowanie jest, bo przecież się zobowiązałam. Serce chce, w środku wszystko chce, ale ślubowanie ściąga do starego myślenia.

Nikodem: Dokładnie tak. Taką samą władzę mają kody i wzorce u naszej duszy i wj. Ślubowanie otoczone złotymi energiami, białą świętością, uniesieniem i wyniesieniem. Tyle wieków, światów wierzyło w to, klepało to samo, że wiele istot już nie odróżnia obcego, nałożonego, zainfekowanego, od swojego, od tego, kim były bez białych wzorców, białej drogi czy czarnych wzorców i czarnej drogi. Kod i ślubowanie jest łatwe do zdjęcia: tam gdzie czujesz blokadę, kiedy czytasz coś nowego czy mojego, zatrzymujesz się i patrzysz: z czym to walczy we mnie, przeciw czemu się buntuję, co trzymam; a gdybym to puściła, to co by się stało, co by się zmieniło?

Trzeba pamiętać, że buddyzm – podobnie zresztą jak chrześcijaństwo (ale w swojej formie pierwotnej) – było sposobem na poradzenie sobie z piekłami, podziałem dualnym, zauroczeniem (zafiksowaniem) fizycznością. Systemy te miały nieść pewną ulgę, rozbudzić – choćby poczuciem winy – czarne lub puste serca, skupić na drugim człowieku, na tym, co on czuje; uczyć różne istoty dawania czegoś światu, innym w miejsce wygrabiania ze świata i skupiania na „ja, moje, mnie”. Wyszło średnio, ale był to produkt takiej, a nie innej świadomości wśród dusz i wj.

Joanna: Śmieszne – wzorce, które nakazują mnie i duszy co innego niż to, czego tak naprawdę chcę.

Nikodem: Masz już świadomość muru i sufitu, ram, wzorców, w których zamknięty jest twój umysł, postrzeganie, odczucia, ba, wzorców które warunkują, co masz czuć i jak się zachowywać, co jest dobre, a co jest złe. Teraz kod po kodzie, wzór po wzorcu rozpuszczaj i otwieraj się na nowe, zastępuj swoim, wypełniaj swoim. Świat na tym zyska.

Podsumowanie

Trzeba uwolnić współwinę. Nie jesteś odpowiedzialny za cudze emocje, uczucia, nawet jeśli kogoś zabiłeś, skłóciłeś, okłamywałeś lub czujesz się współodpowiedzialny za cudzy stan, apatię, śmierć, zło, sytuację. To nie ma znaczenia. Ważne jest to, co ty czujesz i odczuwasz w sobie, co ty przeżywasz, a następnie zrobienie czegoś w sobie. Mowa tu o odczuwaniu winy lub oschłości, obarczaniu czy braniu na siebie – te postawy są reakcjami psychiczno – biologicznymi, ale są także wyuczonym wahadłem. My z samego nawyku lecimy z wiadrem wody i rozhisteryzowanym sercem do tego, u kogo się pali. Nam się tylko wydaje, że w naszej postawie brania, prania, współodczuwania mamy kojącą wodę; to jest kłamstwo, bo w ten sposób możemy tylko dolewać oliwy do ognia. Kiedy jednak zastanowisz się nad sobą, nad swoimi intencjami, zachowaniem, odczuwaniem i poczujesz, że jest w tobie samoakceptacja, a także akceptacja dla tego, co odczuwa druga istota, czyli że nie wibruje w tobie postawa karania siebie, kajania, w postawie dobrego samarytanina nie szukasz rozgrzeszenia, wybaczenia, akceptacji, to w ten sposób zyskujesz zgodę na to, co sam przeżywasz i co przechodzi drugi człowiek (bez mieszania w nim i sobie, bez asymilowania, bez przenoszenia). W takiej postawie nie ma emocjonalnego i psychicznego zazębienia, jakie mogło was związać, zatrzymać, nie ma karmy, relacji ofiara – kat; pomimo tego, że ta karma prawdopodobnie jest, to wychodzicie z pola ofiar i katów, gry, odgrywania, przerzucania, bo nie szukasz poza sobą. Najważniejsza jest zgoda na to, co przeżywa druga osoba, bo ona świadczy o zgodzie na to, co zrobiłeś i przeżywasz sam w sobie. Owszem, możesz pomóc, np. przez wysłuchanie, przytulenie, wsparcie mentalne, emocjonalne, finansowe, ale w twojej postawie nie ma ukrytej winy, straty, obowiązku, niedoboru, poświęcenia, przymusu, tworzenia długu czy też nie ma postaw bodhisattwy, krzyża jezusowego biorącego cudze niskie energie, uczynki, postawy. Z drugiej strony jeśli nie uwolnisz swoich postaw i gdy chcesz w biały sposób się „rozgrzeszyć”, to nie tylko przyjmujesz cudze emocje, ale i oskarżenia, opinie, zamykając się w winie. A w ten sposób niestety nikt nie jest odpowiedzialny – przerzuca się ją tylko z lewej na prawo, z bycia dobrym do bycia złym; zmieniają się pozycje nauczyciela i ucznia, kapłana i wiernego, zbawiającego i potępionego – i tak bez końca.

Wschodnia duchowość uczy tzw. „zlania”, myślenia i odczuwania kolektywnego. Na przykładzie indywidualizacji ciał subtelnych, procesów jakie zaszły w ostatnim czasie „na niebie”, w gęstościach subtelnych – kropla nigdy nie wróci do oceanu, bo – jak jeden z komentujących moje opracowania słusznie i mądrze napisał – kropla jest oceanem lub kropla staje się oceanem. A jeśli tak, to niech ta kropla będzie transparentna, wolna, jasna, pełna swojego światła, w miejsce zatruwania samej siebie obcymi myślami, wibracjami, emocjami. W ten sposób, zamiast zabarwiać innych, mieszać i wlewać w nich czy sączyć, pozwalasz im i sobie na samodzielność, odpowiedzialność i siebie. Oczywiście nie pozwolisz na to sobie i innym, kiedy jest w tobie owe wahadło, które opisałem, jak również strach, nieuwolnione poczucie krzywdy i zagrożenia lub kiedy czerpiesz jakiś rodzaj zysków z bycia ofiarą, popychadłem lub mesjaszem, zbawicielem, bodhisattwą, prorokiem, praojcem, pramatką, czy innym bogiem, który wyznacza ramy, zasady, normy. Ale też kiedy czerpiesz zyski z bycia nieodpowiedzialnym, ofiarą.

To, co pokazałem, możesz sobie podsumować poprzednimi opracowaniami. Powodzenia.

Nikodem Marszałek

listopad 2019

You may also like