Home Białe i czarne - poza dualizmem Przywództwo i delikatność wobec siebie

Przywództwo i delikatność wobec siebie

by admin

Jest to rozwinięcie opracowania pt. Od dualnego podziału do osobistej metamorfozy

Odpowiem w tej części trochę inaczej.

Jesteś odpowiedzialna za świat przez fakt bycia odpowiedzialną za siebie. A do tego musisz być istotą świadomą. Kogo to dotyczy? Kogoś, kto zgłębia siebie, jest szczery wobec siebie, nie oszukuje siebie, że nie ma w nim mroku ani zła, bo w każdym przecież jest cień. Nie uciekasz od tego, nie odwracasz głowy od błędów, słabości i emocji. Nie lękasz się tego, bo masz świadomość, że miłość, zrozumienie siebie, własnych intencji pozwalają ci żyć, być i podejmować decyzje na podstawie zupełnie innych wartości. Oczywiście może tu tkwić pułapka zbyt wyidealizowanego wizerunku samego siebie (mniemania o sobie), samooszukiwania, ale kiedy żadna z twoich wyższych części np. dusza, wj nie chroni tego wizerunku (z różnych względów może czerpać z tego korzyść), odpowiednie wydarzenia, reakcje ludzi, codzienne sytuacje, twoje emocje będą ci pokazywać, że coś nie gra, coś wypierasz i projektujesz.

Przede wszystkim nie jesteś swoją przeszłością ani nie jesteś swoimi wcieleniami, ale tkwią w tobie tamte emocje, tamte zadry, ból, motywacje, krzywdy, niezrealizowane marzenia. Co chciałaś wtedy osiągnąć, poczuć, doświadczyć, sprawdzić? Po co to chciałaś i dlaczego w ten sposób realizowałaś swoje zamierzenia? Co chciałaś udowodnić sobie tym zachowaniem lub tamtą decyzją? Dzięki odpowiedziom na pytania zaczynasz uczyć się swoich intencji i dostrzegać brak w sobie oraz sposób, w jaki ten brak chciałaś wypełnić. Skupiasz się na samoanalizie, diagnozie siebie, swojego myślenia, decyzji, ale nie oceniasz się podczas tego procesu, nie dokonujesz samokrytyki, nie umniejszasz sobie, bo inaczej twoje ego będzie chroniło wizerunek samoidealny. Biały system myślenia uczył zawczasu karania siebie i innych, ale tak nie poradzisz sobie z patologią, odchyleniami wewnętrznymi i społecznymi. W istocie zatrzymujesz się wtedy tylko na bólu, krzywdzie i nie dajesz żadnych rozwiązań. Warto sobie zadawać pytania: „Dlaczego tego chcę?”, „Czy naprawdę tego potrzebuję?”, „Czy mogę to osiągnąć inaczej?”. Nie szukasz już inspiracji zewsząd, nie podążasz za modą, tylko świadomie dokonujesz wyborów w zgodzie ze sobą, bo już ufasz sobie i znasz siebie. Tak zaczyna się dorosłość.

Ale ta postawa i zachowanie mają swoje konsekwencje. Jakie? – zapytasz. Możesz mieć inne wartości, normy, inaczej od innych się zachowywać, w inny sposób się rozwijać, postrzegać, nazywać czy odbierać zwykłe rzeczy, proste zagadnienia. To napotyka na opór, ostracyzm, narażasz się na wyśmianie, bo zaczynasz wyrażać opinie i poglądy inne niż wszyscy. Nie podążasz wraz z tłumem, bo tam jest aprobata społeczna, grupowa, narodowa. Musisz jednak wyrażać swoje zdanie, nawet jeśli narazi cię to na krytykę czy niezrozumienie, ponieważ kiedy tego nie robisz – nie rozwijasz swojego „ja”, umierasz od środka i dajesz miejsce obcym, społecznym, globalnym filozofiom, wzorcom, które niekoniecznie są wartościowe.

Jeśli przyjrzysz się wpływowi mediów społecznościowych, to dostrzeżesz, że one faktycznie skupiają się na filozofii „ja”, „moje”, „mnie”, „ego”, otwierania siebie, pokazywania; reklamują poniekąd człowieka jako produkt. Ludzie przez brak lajków negują siebie lub z powodu kilku negatywnych komentarzy zamykają się ponownie w sobie. Nadają tym negatywnym działaniom energię, zamiast nagradzać siebie za to, że coś się zrobiło, zmieniło, ruszyło czy pokazało. Gdybym myślał w ten sposób, czyli nie słuchał siebie, nie szedł za swoim instynktem, potrzebami rozwojowymi, nigdy bym nie zainicjował tematu duszy. Przecież przez pierwsze lata spotykałem się jedynie z krytyką, atakami i podważaniem istoty tego, co mówię. Pewnie, fajnie jest w gronie większym lub mniejszym być klepanym po ramieniu; fajnie jest usłyszeć od guru, nauczyciela, autorytetu: „Ty, gościu, dobrze ci idzie”. Wtedy czujesz się bezpiecznie, ale czy w tym wszystkim czujesz się dobrze i postrzegasz siebie? Z tym może być różnie, ale żeby poprawnie na te pytania odpowiedzieć, musisz odnieść się do swojego wnętrza, do tego, kim się czujesz i jak siebie traktujesz. Ludzie tego nie lubią, wielu się tego boi, bo wnętrze człowieka jest zmanipulowane, zapomniane, puste, zniszczone, daje wrażenie słabego, bezbronnego, skrzywdzonego i przede wszystkim niezrozumianego. Dlatego zamiast wchodzenia w siebie jest nakładanie na siebie (całunów, świecidełek itp.), czyli zamiast przekształcania się następuje umacnianie własnego wizerunku, a mechanizmy obronne dostają amunicję, by niczego nie zmieniać.

Kiedy nie pokazujesz siebie, nie wyrażasz swojej opinii, nie słuchasz siebie (nawet tego cichego głosiku dochodzącego z głębi ciebie), wówczas odpychasz siebie, a to prowadzi do tego, że rozglądasz się za tymi, którzy mówią ci, co robić, jak żyć, i później za pieniądze lub dobre uczynki rozgrzeszają lub klepią cię po plecach – tu już wedle potrzeb. Jest taka zasada: ludzie, których stawiasz na piedestale, stanowią uzupełnienie twoich braków; z kolei ludzie, których niszczysz, deprecjonujesz, oceniasz negatywnie, obgadujesz, są tymi, którzy wpływają na twoje puste, ale wysokie mniemanie o sobie. Gorzej, jeśli wokół ciebie jest towarzystwo wzajemnej adoracji, nie tylko biali mistrzowie, którzy oprócz klepania, głaskania utwierdzają się w swoich wizjach i poglądach, ale uczniowie, słuchacze, współpracownicy, rodzina. I nie ma znaczenia, czy dane teorie, działania są słuszne. W pewnym momencie wytworzona bańka wokół tych osób, grupy, społeczności jest zbyt silna, zagęszczona, staje się trochę takim lustrem weneckim – z jednej strony coś widać, ale już z drugiej nie bardzo. Wentylem bezpieczeństwa dla tego sposobu myślenia, działania, zachowania jednostek, grup i społeczności jest akceptacja strachu przed zranieniem, wyśmianiem, pozostawieniem, innością; jest przyjęcie swojego żalu, samotności, inności, różności i okazywanie szacunku względem własnych potrzeb oraz traktowanie siebie jako zdrowego, godnego człowieka. Postawa ta wymaga także rezygnacji częściowo z siły, bo tylko tak, możemy skorzystać z pomocy. Pozwalamy przyjść do siebie innej historii, myśli, energii, nowemu sposobowi bycia, a przez wzgląd na działanie nowego, wgląd, jaki nam to daje, usłyszaną diagnozę, informację zwrotną – wychodzimy z iluzji, w jakiej mogą nas trzymać dane osoby, ludzie, istoty czy przede wszystkim dusza.

W postawie osoby świadomej tkwi siła, ale też wrażliwość, świadomość siebie, czyli swoich mocnych i słabych stron. Trzeba korzystać z obu tych biegunów, siły i słabości, bo inaczej zaczynasz siebie stawiać na piedestale i traktować bezkrytycznie swój osąd, wgląd poznawczy lub idziesz w drugą stronę – zbyt mocno ufasz innym ludziom, zawierzasz im bez krytyki, wyznaczenia swoich granic. W obu wypadkach nie ma ciebie, zatracasz siebie. A wszystko to sprowadza się do prostej rzeczy: siły i słabości, rozróżnienia i nauki, błędów i zwycięstw – to wszystko jest w tobie, ale musisz uważnie widzieć, czuć, obserwować na przykład to, jak reagujesz, co odpowiadasz. Dlaczego należy przyjąć taką postawę: bo zbyt często robimy coś w amoku, w pierwszej reakcji emocjonalnej, czerpiąc energię z krzywdy, odrzucenia, sukcesów czy poklasku. Taki styl działania staje się naszym narkotykiem, to znaczy nawykiem działania, myślenia i życia. Ktoś powie: „Dużo tu analizy, myślenia, umysłu”. To prawda, ale tak jest tylko na początku, ponieważ chwilę później wypracowujemy nawyk i dialog wewnętrzny, jaki prowadzimy – głównie skierowany na rzeczy nieistotne, przeszłość czy nawet na nie nasze myśli – ucisza się.

W najprostszych słowach mówiąc: po upadku się podnosisz. Myślisz: „Skąd to się wzięło?”, „Czego brakowało?”, „Czego muszę się nauczyć lub douczyć?”. Cokolwiek się stało, po prostu nazwij to, przyjmij i zachowaj miłość do siebie i szacunek wobec własnej osoby – to jest bowiem najważniejsze. Tego ostatniego nie uczy społeczeństwo, nie uczy się tego w szkole, w pracy, na dworze. Nagradza się wygrane, najlepsze wyniki, oceny, wygląd. A przecież to właśnie ileś tam błędów – nieraz z rzędu – prowadzi do osiągnięcia rezultatu, jakiego oczekujemy lub jakiego się nie spodziewaliśmy. Najwięksi kreatorzy najbardziej się mylili, podglądali innych i czytali, próbowali, testowali… To nie śmierć zadana cię definiuje, to nie systemy, jakie tworzysz, cię definiują. Nie definiują cię nawet wyniki, jakie osiągasz. Przecież na większość rzeczy nie masz wpływu, bo ludzie i społeczeństwa biorą to, co im akurat pasuje, co potrzebują natychmiast. A ty skupiasz się na błędach, przeszłości, możliwych negatywnych opcjach i to im próbujesz zaradzić. Skupiasz się na tym, bo to nadal jest w tobie, drży, wibruje, emanuje od ciebie i nic nie potrafi tego uciszyć. Cokolwiek się stało, cokolwiek się dzieje, zachowaj miłość do siebie i szacunek wobec własnej osoby. Powiedz: „Dałem z siebie tyle, ile mogłem zaczerpnąć z aktualnego potencjału psychofizycznego. Stworzyłem to z zasobów, jakie posiadałem. Może kiedyś będzie to lepsze, pełniejsze, ale teraz jest właśnie takie”. Bądź zadowolony.

Szacunek zawiera miłość, a miłość nie ocenia, nie umniejsza, nie poniża, nie oczernia, my też tego nie musimy robić wobec siebie i innych. Wiem, że postawy bodhisattwy, cierpiącego grzesznika, winnego z samego faktu urodzenia, nosimy w sobie przez wcielenia, nosimy po przodkach, rodzicach. Przyuczyło nas do tego społeczeństwo, a siła tego postępowania umocniona jest wizją domniemanego zbawienia, oświeceniem, lepszym jutrem, złotymi księgami, proroctwami, pismami tworzącymi podświadomą filozoficzną mgłę myślową. Dla niektórych to sposób na egoizm, na ukrytą pychę, na uciszenie sumienia, poczucia winy, odrobienie piekieł, ale gdy mgła znika, znowu widzimy niebo ze wszystkimi kolorami, postrzegamy naprawdę siebie i to, co widzimy, często nam się nie podoba – niektórzy więc wracają z powrotem do białej mgły. A szacunek to akceptacja dla swojego dobra i zła, porażek i sukcesów, lepszych i gorszych chwil, dla radości i smutku, dla wcieleń, które uczyniły wiele dla wszechświata, jak również dla tych, które były bez serca, mordowały w głuchy sposób. Bo kto to przyjmie jak nie ty? Inaczej przeskakujesz z lewa na prawo, z dumy w dziwne poczucie winy, z pychy w uniżenie i wówczas nic nie jest na swoim miejscu. A musisz iść do przodu i żyć, doświadczać, uczyć się miłości i siebie, bo przecież nadal wiele nam brakuje w jej rozumieniu i odczuwaniu – i dotyczy to nawet wyższych jaźni, a co dopiero mówić o nas i duszach.

W świadomym życiu, w byciu liderem (nie tylko dla samego siebie) nie chodzi o to, że wszystko wiesz, wszystko masz podsumowane, zbadane, dysponujesz pieniędzmi i prestiżem, czy że wszystko zaplanowałeś i dodatkowo nad różnymi procesami sprawujesz kontrolę. Jeśli twoja pewność siebie płynie z takich postaw i przymiotów, to żadna pewność siebie. Sama kontrola jest złudna, na sile też nie możesz polegać zawsze, bo prędzej czy później znajdzie się ktoś silniejszy lub sprytniejszy od ciebie. Jednak cokolwiek robisz, cokolwiek dajesz świadomy siebie i otoczenia, w poczuciu bycia indywidualnością z jednoczesnym poczuciem funkcjonowania w grupie, społeczeństwie, wśród innych indywidualności, to wiesz, że odbije się to echem, będzie jak kostka domina uderzająca o kolejną kostkę. A nie chcesz chyba ranić siebie, nie życzysz sobie źle, więc dlaczego miałbyś to robić innym osobom, istotom, ludziom, nieznajomym? Faktycznie, czasem mówimy niemądrze, ranimy swoimi postawami jeszcze nieuświadomionymi, podejmujemy złe decyzje, inwestujemy nie tam, gdzie trzeba, i musimy ponieść tego konsekwencje w postaci chwilowej samotności, bólu w sercu – zamykamy biznes, zwalniamy ludzi. Będziesz za to siebie lub innych karał, ranił, linczował? Czy raczej popatrzysz w lustro i powiesz: „Hej, dałem z siebie wszystko i nie straciłem przy tym siebie”, „Co po zrozumieniu swojej drogi, decyzji mogę zrobić teraz?”. Czy nie urosłeś, nie zmieniłeś się, nie dojrzałeś? Pewnie tak. To, gdzie jest twoja świadomość, w czym utkwiła, gdzie się zawiesiła? Wycofaj stamtąd energię myśli, emocji i przyjmij ją w siebie, nie zostawiaj siebie w przeszłości.

Czasem musisz pozwolić umrzeć pewnej części siebie, nie trzymać się jej kurczowo, bo tylko tak zrobisz miejsce na narodzenie nowej.

Nikodem Marszałek

listopad 2019

You may also like