Home Białe i czarne - poza dualizmem O miłości, poświęceniu i współwinie

O miłości, poświęceniu i współwinie

by admin

Miłość cierpiąca, postawa współuczestniczenia w cierpieniu, własne poświęcenie, postawy bodhisattwów i krzyża jezusowego to idealistyczne, uszlachetniane wartości. Są to jednak białe postawy, które wciąż aktywne w nas, podświadomości zbiorowej, przekręcają odbiór miłości i odgradzają od niej.

Przyjmując cudzy gniew, nienawiść, ból przyzwyczajamy drugą istotę do zrzucania emocji na kogoś innego. Trzeba przestać brać cudzy gniew, ból, frustrację na siebie, nawet jeśli czujemy się częściowo odpowiedzialni. Rezygnujemy z męczeństwa, nie bierzemy cudzych postaw, emocji na siebie, ponieważ nasze współuczestnictwo nie ma znaczenia, nasza wina nie ma znaczenia; ból, krzywda, złość, nienawiść – to wszystko jest w ciele drugiej istoty, to jest w jej postawach, jej rdzeniu, a my biorąc na siebie te płomienie gniewu, frustracji, bólu, obwiniania, krzywdy podtrzymujemy ziarno, iskrę, przyczynę w tej istocie. Krzyż Jezusowy, bodhisattwowie odgradzają od miłości, leczą plastrem ranę z której się jątrzy, a rana czasem potrzebuje słońca nawet jeśli zostanie po niej blizna.

Trzeba odstawić chwilowe dawanie ulgi, własny egoizm, bo biorąc cudze emocje, frustracje, żale na siebie, myślimy tylko o sobie, o tym, że teraz nasz komfort, sumienie się uciszy; może nawet myślimy, że dzięki współodczuwaniu jakoś przekonamy do siebie, a nasz obraz kata lub ofiary zmieni się na lepsze. Ale tak się nie dzieje, nic się nie zmienia, rośnie tylko wykładniczo ilość emocji jakie ludzie i bliscy zrzucają na nas. W ten sposób ani dawca, ani biorca nie są odpowiedzialni za czyn, za siebie samego, za swoje emocje, histerię, podtrzymywaną krzywdę. Trzeba przestać poświęcać się w imię miłości. To wszczepienie w podświadomość zbiorową, kulturę, społeczeństwo zostawił Jezus, wisząc na krzyżu, i buddyjscy bodhisattwowie. Miłość nie ma nic wspólnego z poświęceniem, ponieważ miłość nigdy w swojej postawie nie oceniała, nigdy się nie poświęcała, nigdy nie miała swojego rdzenia opartego na karmie, winie, grzechu; miłość nie dzieliła na lepszych i gorszych – wszystkie te wartości są wszczepem miłości białej, cierpiącej, płynącej z białego systemu myślenia, białej ścieżki (chrześcijaństwo, buddyzm). Te korzenie – tak mocno wryte w komórki, naszą planetę, nasze dusze – trzeba w końcu uwolnić. Miłość zaczyna się zawsze od miłości własnej, a miłość, jaka jest, nigdy nam nic nie nakazywała, nie oceniała, nie zmuszała, a za to pozwalała na wiele – wiele głupot, wiele postaw dalekich od niej samej – a mimo tego nadal jest jakby na wyciągnięcie dłoni.

O ile Nadjaźnie nie skrytykowały nigdy Wyższych Jaźni, o tyle Wyższe Jaźnie nie były już takie w wobec siebie czy w stosunku do dusz, czy do nas, osobowości. Były srogie, wymagające, karzące, nakazujące, sądzące, nieraz zduszające. Białe filozofie i wzorce dotyczące miłości, na którą trzeba sobie zasłużyć, być jej godnym, zapracować na nią, najlepiej przez rezygnacje z własnej woli, poświęcenie, znój, przyjmowanie ostatecznie postaw męczeńskich, nadstawiania piersi, miały pokazać lub nauczyć, że miłość jest za coś, w odpowiedzi na coś i ona nie jest po prostu od tak. Takie postawy nie miały nic wspólnego z miłością, ale z ideologią miłości białej, cierpiącej prowadzącej do zbijania pychy u wielu istot, z programowaniem istot do tego, że na wybaczenie i akceptację trzeba sobie zapracować, a na miłość zasłużyć. Ale nie musimy się poświęcać ani nadstawiać policzka czy piersi, karmić cudzymi emocjami, byle tylko ulżyć sobie, komuś, byle sobie zasłużyć na coś lepszego – jak bodhisattwowie – byle być jak Jezus. Te białe wzorce wplecione w amplitudę naszej planety, nas samych, naszego myślenia, oddziałujące na nas każdego dnia, wmówiły nam, że tak trzeba, przecież jest za to nagroda – wybranie. Nawet jeśli nie jesteśmy religijni czy wierzący, to i tak oddziaływanie miliardów zostawiło mocny ślad w podświadomości zbiorowej, fali życia i postrzegania miłości (czy raczej wyłączeniu tej wiązki energii z obiegu ziemskiego, zastępując ją miłością białą, cierpiącą, współuczestniczącą w cierpieniu oraz programami tego, jak trzeba żyć w społeczeństwie i co robić, by być zaakceptowanym, by nosić miano człowieka).

Proszę pomyśleć jak wielu ludzi, dusz porównuje się do serca Jezusowego, serca Buddy, ile ludzi i dusz oddaje im własne serca? Tylko że to działanie jest zabieraniem sobie i oddawaniem komuś innemu, innej istocie, tu: archaniołom; jest odebraniem sobie prawa do siebie, jest wygrabianiem siebie z siebie, jest stawianiem innej istoty na piedestale. Działamy tak mimowolnie, podświadomie, bo tak został odciśnięty wzór, tak zostało to pokazane i umocnione przez tysiąclecia w energiach. Ale kiedy wycofujemy swoje serce z ich serc, wycofujemy ich cząstki ze swojego serca, mówimy sobie i światu: „Moje serce jako istoty wydzielonej z większej całości, z poziomu Nadjaźni do Wyższej Jaźni, a później duszy i tego ciała, ma taką samą gamę, wibrację, ma taki sam potencjał. Nie jest lepsze ani gorsze i może być wolne od męczeństwa, poświęcenia, białego programu miłości. Moje serce należy do mnie”. Czy tak nie dajemy sobie zgody na siebie, na miłość własną? Poświęcenie i męczeństwo wymagają umniejszania sobie, odbierania sobie, karania siebie często zawczasu, bo gdzieś tam wierzymy, że poczucie winy zniknie, to działanie zostanie nagrodzone, sumienie się oczyści. Ale robimy tak, działamy tak od stuleci (a nasze dusze od mileniów) i nic się nie zmienia. Pytanie brzmi: „W imię czego i za jakie profity oddaliśmy swoje serce i przyjęliśmy cudze cząstki? Co miało to uczynić, dać?”. Trzeba zdjąć miłość z krzyża, z każdego skrawka ideologii poświęcenia, męki, zatracenia, bo miłość kończy się tam gdzie zaczyna się krzywda własna.

Dla siebie

Nasi rodzice mogli nie do końca zachowywać się jak rodzice – bliżej im było do katów, bo odrzucali, krytykowali, umniejszali, zduszali wolę; może nosimy w sobie nieprzepracowane DDA, może dusza przyjęła karmę wygnańca i wiele samych sytuacji w naszym życiu było na nie: na nie z miłością, bliskich do nas i naszej do innych. Przeżyliśmy wiele bólu, krzywdy, wiele cierpienia, a sami tak wiele daliśmy innym, często bez zwykłego „dziękuję”. Pomimo tego ciężaru, tej psychicznej i energetycznej skorupy, często w nas samych jest pustka, tęsknota za miłością. A zatem wróćmy do siebie i pomyślmy: „Czego to miało nas nauczyć? Na co chcieliśmy sobie zasłużyć i co robimy dzisiaj, by być kochanym i akceptowanym?”.

Nie chodzi oto, co robisz dla innych, ale co czynisz dla siebie. Prawdziwa miłość zawsze zaczynała się od szacunku dla siebie samego. Jednak dla okruchu miłości, bliskości jesteśmy w stanie zrobić wiele, a niektórzy gotowi są zrobić wszystko. Przestańmy poświęcać się dla innych, przestańmy szukać miłości w rodzicach, którzy może jej nam nie dali, bo jej nie mieli lub jej nie rozumieli – i bez tego miłość jest w nas, w naszym ciele; wcale nie zostaliśmy jej pozbawieni, a jedynie nam wmówiono, że trzeba zapłacić określoną cenę za miłość, za bliskość, za pojednanie; uwierzyliśmy, że nie zasługujemy na miłość lub coś jest z nami nie tak i trzeba być kimś innym, zrobić coś szczególnego. Nic nie musisz, wszystko z tobą w porządku.

Pytanie: „Co jesteś gotowy oddać swojego za bliskich lub w imię miłości?”. Nawet nie próbuj odpowiadać. Miłość do siebie pozwala ci kochać twoich bliskich, rodzinę, współpracowników – po prostu ludzi – w sposób, który daje im przestrzeń, wolną wolę, który umożliwia słuchanie i daje im wiarę w nich. Przede wszystkim natomiast miłość do siebie sprawia, że nie zjednujesz się z ich stanami emocjonalnymi, krzywdą, trudnymi sytuacjami, nie odbierasz im ich samych, nie nadajesz mocy ich oskarżeniom i pomówieniom, bo przecież zrodzone są one z krzywdy lub niezrozumienia – w ten sposób nie zabierasz im ich doświadczenia, pozwalasz im wierzyć, że to oni są odpowiedzialni za swój los, reakcje, za swój stan emocjonalny. Gdybyś działał po staremu, na biało, z bielutką miłością w serduszku, nie pozwoliłbyś bliskim, ukochanym, innym ludziom wyjść z sytuacji o własnych siłach (i dzięki temu pozwolić im uwierzyć w siebie, przyjąć odpowiedzialność i przede wszystkim poczuć moc własnego serca, miłość w sercu, która transformuje, która niesie akceptację, wybaczenie, zrozumienie, szacunek, a nie np. kajanie, ból, strach, karę, krzywdę, cierpienie, obwinianie). Miłość w sercu, która nie przekracza cudzej granicy i nie ocenia, pozwala na indywidualizm, a nie grupowe przenoszenie winy i uśrednianie woli; miłość która nie kieruje się strachem przed samoakceptacją niosącą zrozumienie i wybaczenie, miłość własną, szacunek dla siebie; miłość która nie wymaga od ciebie, nie żąda, nie stawia warunków.

Biorąc cudze brzemię na siebie, zabijamy tego kogoś od środka, odgradzamy go od miłości. A miłość nie tworzy zaślepienia i go nie podtrzymuje – pozwala widzieć różnicę między daniem czegoś bezinteresownie – bo tak czujemy, bo tak chcemy – od dawania czegoś, bo musimy, bo taki jest nakaz społeczny, rodzinny, hierarchiczny, karmiczny. Miłość pozwala nie przyjmować cudzych emocji i osądów w siebie, bo nie czujemy się źle ze sobą, a także nie myślimy, że biorąc cudze emocje, współodczuwając, kochamy i w ten sposób zasługujemy na miłość, a gdy odmawiamy tego, odrzucamy cudze, to nie ma dla nas miłości ani bliskości. Miłość nie jest zasadą: albo – albo.

Wcześniej ulegaliśmy manipulacji, grom, gierkom, szantażom emocjonalnym – próbowano nas w ten sposób zmusić do czegoś, do zrezygnowania, poddania, uległości; ale jeśli miłość nie gra ani nie odgrywa – po prostu sobie jest i nam pozwala być – to my pozwalamy tej złości, tej krzywdzie, tym żalom w kimś po prostu istnieć. Trudno jest pozwolić sobie po prostu być i czuć się dobrze, bez poczucia winy, jeśli ktoś nam bliski czuje się źle; jeszcze trudniej, kiedy nam coś zarzucono lub o coś oskarżono albo czujemy się współodpowiedzialni. Wtedy znowu wracamy do miłości własnej: przecież kochasz siebie i z pewnością chcesz też najlepszego dla drugiej istoty, dlatego nie schodzisz do jej bólu, winy, żalu, umysłu, argumentów, oskarżeń, a pozwalasz jej zbliżyć się do miłości, zrozumienia. Chyba, że jakaś część ciebie ciągnie w dół: do bólu, winy, kłótni, pomówień, rywalizacji – wówczas projektujesz te emocje na innych, bo tylko te niskie stany są dla ciebie poczuciem sprawiedliwości, ulgi lub zadośćuczynienia. Ale uruchamiając projekcję swoich emocji, win, karmy na innych lub łącząc swoje serca ze stanami psychicznymi innych, zmieniasz ciężar i środek – już nie jedna, a dwie istoty są zatopione w polu krzywdy, winy i nikt już nie jest w miłości. Musisz wrócić do siebie, nie schodzić po tych schodach do cudzych piekiełek, bo ktoś kiedyś obiecał za to marchewkę, zbawienie, lepsze jutro, bo to dawało poklask społeczny, aprobatę bliskich. Nie, tak zamykasz się w odwiecznym kręgu winy i kary, góry i dołu, kata i ofiary, męczennika i mesjasza, zasługiwania na miłość i sztucznego uciszania sumienia; tak znowu robisz coś, zamiast być i czuć.

W miejsce szukania zrozumienia dla siebie, miłości do siebie, zaczęliśmy szukać akceptacji i aprobaty u innych, a te postawy zawierają w sobie egoizm społeczny, poświęcenie, męczeństwo, pewien mesjanizm; te postawy mają w sobie strach przed sobą, własnym zdaniem, a przede wszystkim strach przed wykluczeniem. Wolimy czasem nie kochać siebie, degradować miłość, poczucie własnego zdania i jedności ze sobą, bo myślimy – a raczej podświadomie wierzymy – że tylko tak będziemy częścią grupy, społeczeństwa. Postawy białej drogi, białego reagowania, białych wzorców już nawet nie są dla wielu białe, bo są już tak mocno stopione z ciałem, umysłem, sercem, że stanowią ich fundament. A właśnie te białe wzorce wymuszają szukanie wszystkiego poza sobą: zbawienie poza tobą, miłość poza tobą, uwolnienie w aniołach na niebie, miłość w sercu u jednego archanioła lub innego bożka. Rozgrzeszenie i wolność to czyjaś łaska, a rzucanie winą i obarczaniem za swój ból – prawo. A gdzie ty, gdzie nasze własne, indywidualne i niepowtarzalne, wolne? Czy jak rezygnujemy z podświadomego szukania poza sobą, w innych istotach, ścieżkach, o zgrozo: w cudzych sercach aprobaty, rozgrzeszenia, akceptacji, przyjęcia, oświecenia, zbawienia, jak wycofujemy białe myślenie, białe cząstki wzorców wszczepione w nasze ciała, komórki, serca, to czy wówczas miłość własna, indywidualizm, wolna wola nie przybierają nowego charakteru, nowej jakości, czy tak nie budujemy nowego społeczeństwa – już nieopartego na biało-czarnych wzorcach, filozofiach, nagrodach i karach?

Od siebie dla innych

Kiedy patrzymy na swoich bliskich, rodzinę, przyjaciół, kolegów zastanawiamy się nad pytaniem: „Czego od nich wymagam, co chcę, żeby mi dali, za co przeprosili?”. To dziwne pytanie, ale pojawia się ono w nas, bo gdzieś tam wibruje zadra, otrzymana krzywda, wewnętrzne dziecko szukające miłości. Wejdź w to pytanie i zadaj sobie kolejne: „Co musiałoby się stać bym przestał się tak czuć wobec tych istot?”. Chciałbyś ich przeprosin, przytulenia, pieniędzy, unicestwienia, kajania, służenia? Jeśli tak, to znaczy, że nadal jest to coś, czego wymagasz od innych, ze świata zewnętrznego. Wróć do siebie i zadaj sobie pytanie: „Co ty masz i co możesz sobie dać i oddać?”.

Wybaczenie nigdy nie było dla oprawcy, dla innej istoty – ono zawsze było dla nas samych, dla tego, co przeżyliśmy, co się stało. Ale kiedy nie masz wybaczenia dla samego siebie, to nie ma akceptacji dla nikogo innego, a więc nie ma podstaw w miłości. Owszem, w twoim ciele jest żal, rana, złość, ból, krzywda, niezrozumienie, poczucie wykorzystania, ale już wiesz, że nie kierujesz tych energii do innych istot, nie obarczasz ich nimi, nie obwiniasz, nawet jeśli w twoim mniemaniu są za wszystko odpowiedzialni. Nie zrzucasz tego wszystkiego na cudze barki, bo wiesz że jesteś odpowiedzialny za swoje emocje, bo one są w tobie, a nie w drugiej istocie – one nie są w jej czynach, słowach, sposobie bycia, przeszłości, tylko w tobie. W ten sposób nie patrzysz na bliskich, innych ludzi przez pryzmat własnego żalu, krzywdy, bólu, które może dały ci sztuczne prawo do zemsty, słusznego gniewu, obgadywania, umniejszania, mesjanizmu, nawracania, walki o siebie, o świat. Dzięki temu wracasz do siebie, bo ty stanowisz centrum siebie i uzdrowienie płynie w tobie przez ciebie. Ale bez rezygnacji z zysków jakie to zaślepienie, przerzucanie winy dawało; bez rezygnacji z korzyści, jakie niosły ładunki ciężkiej energii czy przyjmowanej na siebie winy, karmy, grzechu; bez rezygnacji z psychicznego podtrzymywania traumatycznych historii, z których czerpałeś moc – nic się nie zmieni, nie tylko w tobie, ale w świecie.

Masz wpływ na świat, każdy z nas ma ogromny wpływ nie tylko na siebie, ale na bliskich, na innych. Nie wpływ osądzający, karzący, zmuszający, ale wpływ wolny od naszej woli, naszych projekcji, krzywdy, oczekiwań, strachu – to wielki dar, może nawet największy, jaki mamy dla innych i dla świata.

Zakończenie

Istoty poświęcające się dla innych – nie tylko wszelcy mesjasze, prorocy, bodhisattwowie, święci, ale istoty biorące cudze problemy, emocje, grzechy, karmę wmówioną lub prawdziwą, urojoną lub wytworzoną na siebie – nie tylko odgradzają innych od odpowiedzialności, sprawczości i miłości, ale też uzależniają od siebie i w swoim działaniu dzień po dniu, życie po życiu zagarniają własnymi rękami i wlewają we własne serca cudzą siłę, moc do zmian, do transformacji.

To piekielnie sprytne powiedzieć komuś, że jest grzeszny, niegodny, niewartościowy, winny, nie zasługuje, nic nie wie, jest zły, niedobry, czarny i zrobić wszystko, żeby ten ktoś w to uwierzył. A potem dać rozwiązanie w postaci drogi zbawienia, oświecenia, pokuty, grzechu, karmy; dawać wytyczne, ścieżki, sylaby, pisma; inicjować świętych, mesjaszów, oświeconych, opiekunów, sądowników; zablokować wszelką kreacje, ruch; nauczyć ofiarowania siebie i przyjmowania cudzych emocji i ocen w siebie – jakby były one jakąkolwiek prawdą. Wszystko to czynione w biało-złotych rękawiczkach obszytych czarną nicią piekieł.

Złączenie we współwinie, grzechu, karmie, w zgodzie na przerzucanie siebie ocenami, błotem, pretensjami nie tworzy zdrowej grupy. Zdrowa społeczność ma taką wartość jak jej poszczególne jednostki, a jeśli każdy w grupie nosi poświęcenie, białe cząstki miłości, krzywdę, ból, nóż wbity w serce pełne nienawiści, to już z nawyku odwołuje się do innego serca, obcego umysłu, starego prawa czy istoty na niebie. Takim działaniem podtrzymuje się związane ręce i opaskę na oczach w miejsce wejścia we własne serce i wyciągnięcie z niego tego wszystkiego, co obce, stare, co nas zdusza. Rozwiązaniem nie jest krzyż Jezusowy, większa ilość zainicjowanych bodhisattwów. Rozwiązaniem jest praca nad sobą, praca ze swoją duszą, bo to w niej są te postawy najsilniej uwarunkowane. Szczególnie niebezpieczny są kody:

  • „tylko przez współwinę, poświęcenie należę i przynależę do grupy – taka jest cena za bliskość”,
  • „muszę cierpieć, bo jestem winny cierpienia innych istot”.

Po zawiązaniu się dualności (patrz Energia Miłości), te kody białych zostały mocno odciśnięte w dzisiaj już starych Wyższych Jaźniach, ale wówczas jeszcze bardzo młodych. Do dziś na tej bazie powstają całe filozofie, ścieżki, religie, buduje się życie społeczne. A przecież miłość nie jest ceną, ani nie ma ceny, nie przerzuca, nie okrada, nie zarzuca; przede wszystkim miłość nie asymiluje, nie wyciąga z siebie i nie wkłada w cudze (co doskonale widać w zachowaniu i budowie Nadjaźni).

Może przez większość istnienia współwina, współodpowiedzialność, pretensje, poświęcenie, osądy, ograniczenia były wyznacznikiem dla „dobrej” drogi, wspólnej drogi, wskazywały na błędy, pozwalały wspólnie odczuwać, nie raz były takim kompasem moralnym dobra i zła. A co, jeśli odczuwanie innej istoty (lub grupy istot, tu głównie pierwotnie białych) jest zaburzone, zawiera nieprawdziwy osąd (w ogóle zawiera osąd), genezę emocjonalną, niesie fałszywe oskarżenie, postawę; pełne jest indywidualnej winy, przesądu, wdruku, dumy, lęku, a my sami przez nakaz wewnętrzny (komórkowy, w rdzeniu) i zewnętrzny (społeczny, religijny), zwykły kod odnosimy się do tego, przyjmujemy jako swoje? Czy nie jest to próba wpływania na nasz stan uczuciowy i umysłowy, a także wciągania nas w swoją przestrzeń? Już wiemy, gdzie takie postawy prowadzą, dlatego trzeba przestać ograniczać siebie, odrzucać siebie, odrzucać własne jaźnie, bo to odrzucanie pozwalało, a raczej dawało miejsce na obce energie (wkładanie myśli, pomysłów, emocji). Rozwiązaniem jest powrót do siebie, do własnego wnętrza, środka, ale trzeba zdjąć kody separujące nas od samych siebie i od swoich jaźni. Kody ograniczające, wibrujące w naszych duszach i Wyższych Jaźniach, mogą brzmieć:

  • „z samego faktu posiadania wyższych części siebie, trzeba je odrzucić, odcinać, zostawiać, separować, bo tak zrobiła jedna z Wyższych Jaźni – Biały”,
  • „masz nie pamiętać kim jesteś i jaki jesteś”,
  • „masz nie szukać w sobie mądrości, radości, energii, kreacji”.

Wszystko to jest starą, białą pieśnią, jaką roznoszą biali misjonarze. Każda istota – młoda czy stara – odpowiada za siebie: za swe emocje, pomysły, intencje, uczucia, decyzje i nawet, jeśli oparte są one o ziarna krzywdy, ego, to w interesie wszystkich istot jest pozwolenie sobie nawzajem na działanie, samorealizacje oraz nauczenie, jak należy spoglądać w siebie i zamienić pewne cechy, zachowania w mądrość, zamiast w białe osądzanie, ocenianie, wygrabianie, zamykanie, izolowanie. Bo to zachowanie nie różni się w swojej istocie niczym od zwykłej kradzieży, złodziejstwa, despotyzmu, odbierania wszelkim istotom prawa do lekcji, wiary w siebie i serce. Dodatkowo potęguje to zachowanie w białych opiekunach, przewodnikach, sądownikch słuszny gniew, poczucie wyższości i zamyka ich serca na miłość.

Trzeba odbudować zaufanie do siebie, do swoich jaźni, do swojego serca, do duszy, WJ i NJ, do miłości w miejscu starego kierowania zaufania do innych, do stawiania ich na piedestale poznawczym, intelektualnym, uczuciowym, świadomościowym. Największym darem dla świata jest wejście w siebie, nasza gotowość do kontemplacji siebie, do przyjęcia tego, co ukryte w cieniu, również do przyjęcia tego, co niesie szczęście, radość, miłość, wsparcie, akceptacja dla siebie. Nie jest to łatwe, kiedy przez większość istnienia wisiał kat nad głową, biały opiekun lub wystarczyło naśladować, wypełniać zapisane prawa, ustanowione dekrety. Najważniejsze ścieżki i odkrycia to te, które są w nas samych, a one rzadko są wydeptane, bo świat nauczył patrzeć na zewnątrz – w cudze serca, postawy – przyjmować cudze osądy, ciągle pogłębiając degradacje swojej istoty, a tym samym odcinając od miłości własnej, miłości w ogóle oraz scalenia między jaźniami głównie schodzących z Nadjaźni impulsów.

Nikodem Marszałek

lipiec 2019

You may also like